Prolog

Pieśń grana w karczmie w trakcie opowieści skryby

Miracle of sound – Forever Flame

Ciemnymi uliczkami miasta jak na złamanie karku pędził niewysoki żebrak. Jego przydługie, brudne włosy opadały mu na twarz, zasłaniając okropne pooparzeniowe blizny. Ubrany był w stare i dziurawe łachmany, których jedyną zaletą było ich względne ciepło. Gdy nędznik szybko skręcił w zaułek, podmuch wiatru odsłonił jego młodą, pozbawioną zarostu twarz, zastygłą w wyrazie przerażenia.

Młodzieniec pędził na pamięć. Znał te uliczki jak własną kieszeń, w końcu spędził na nich cały ostatni rok . Biegł z całych sił, gorączkowo rozważając swoje możliwości. „Może schować się u Jansona? Albo poszukać strażników królewskich?”. Pokręcił tylko desperacko głową. Każdy z tych pomysłów był całkowicie pozbawiony sensu, gdyż jego prześladowcy nie było w stanie powstrzymać absolutnie nic. W sercu młodego żebraka tliła się iskierka nadziei, że być może się przesłyszał i ten ktoś depczący mu po piętach nie był tym samym potworem, który już od roku noc w noc prześladował go w koszmarach, spędzając sen z wypalonych powiek.

Żebrak nienawidził go równie mocno, co się bał. Był przyczyną kalectwa młodzieńca oraz śmierci jego bliskich. To przez niego młodzik upadł tak nisko, a przecież jeszcze rok temu był dumnym szlachcicem i to nie byle jakim, a potomkiem słynnej Genevieve Podstępnej. Ale on zabrał mu wszystko. Zabrał rodzinę i dom, zabrał wzrok i pewność siebie, zabrał nawet herb.

“Herb? Nie. Nie przypisujmy mu wszystkich zasług. Ten akurat zaszczyt przypada starej suce Cecylii!”, myślał chłopak, skręcając w kolejną wąską uliczkę. “Cecylia Genevieve, ten stary babsztyl z nieprawego łoża!”.

Nigdy za nim nie przepadała, ale nie przypuszczał, że wywinie mu aż taki numer. W czasie, kiedy dochodził do siebie w szpitalu, starucha oskubała go ze wszystkich praw do nędznych pozostałości majątku rodu, a był to dopiero początek. Według jej zeznań Aaron z rodu Genevieve umarł wraz z całą swoją rodziną w pożarze posiadłości. Kiedy już się ocknął i usiłował dochodzić swoich praw, zetknął się ze smutną rzeczywistością. Wszyscy, których znał udawali, że go nie rozpoznają i przepędzali jak psa. Nie pozostawało mu nic innego jak zostać synem ulic. Później dowiedział się, że ogromne płótno z drzewem genealogicznym całego rodu Genevieve zostało skrócone o ostatnie pokolenie. Od tego momentu szlachcic Aaron z familii Genevieve przestał istnieć. Jego byt został wymazany z kronik miasta, a wszyscy, którzy go znali ostatecznie o nim zapomnieli. Nie potrafił sobie wyobrazić ile kosztowało takie przedsięwzięcie. Nigdy nie zrozumiał, dlaczego stara Cecylia posunęła się aż tak daleko. Wiedział natomiast jedno, jeśli los kiedykolwiek da mu szansę na zemstę, będzie spełniony. Niczego więcej nie pragnął od życia.

Żebrak z rozpędu wpakował się na liczną grupę osób. Ciężko odbił się od potężnego osiłka i upadł na ziemię. Usta wielkoluda wykrzywiły się gniewnie. Szybko podszedł do oszołomionego Aarona i kopnął go prosto w brzuch.

– Czyś ty pozamieniał się z gęsią na łby?! – krzyknął wściekle, okładając nogami młodego żebraka. – Nie widzisz z kim zadzierasz? Nie wiesz, że nie rusza się ludzi Lewego?

– Daj spokój, Bevan… spójrz tylko na jego oczy – powiedział uspokajająco wysoki, brodaty mężczyzna. – Jest ślepy jak kret.

– No faktycznie – zdziwił się osiłek, po czym kopnął żebraka jeszcze raz. – Oszalałeś? Na ślepego tak gonić? Tak można zrobić sobie krzywdę! – krzyknął na koniec, a całe towarzystwo buchnęło śmiechem. Osiłek przyjrzał się raz jeszcze swojej ofierze. Wreszcie machnął na niego ręką:

– No dobra, wstawaj i zjeżdżaj mi stąd.

Żebrak ciężko gramolił się z ziemi, ale poobijane boki skutecznie udaremniały jego próby. Wił się, głośno jęcząc z bólu, ale nie był w stanie się podnieść.

– Chyba za mocno przejechałeś mu się po żebrach – pokiwał głową mężczyzna przy tuszy.

– Może dobijemy go, żeby się nie męczył? – wtrącił inny opryszek, a jego kamraci zaśmiali się szyderczo.

Aaron zacisnął zęby w niemej wściekłości. Sam był sobie winien. Chaszcze były dzielnicą pełną szumowin i żebraków. W takim miejscu brak ostrożności był równoważny głupocie. Znacznie łatwiej było dorobić się tu kawałka stali między żebrami, niż w całym Genevieve dostać uczciwą pracę.

– Nie no, chłopaki, bo zaraz go obszczam ze śmiechu – rechotał Bevan, podchodząc do kulącego się żebraka.

Aaron obrócił głowę do uliczki, z której przed chwilą wybiegł i wyostrzył słuch. Nie było mowy o pomyłce, słyszał zbliżający się metaliczny dźwięk. Nadchodził.

– Gdzie się tak śpieszysz? Na drugi świat? – kpił osiłek, trącając go nogą.

– Uciekałem – wycedził przez zęby żebrak.

– Przed kim? – zdziwił się Bevan.

– Przed nim – odrzekł, wskazując palcem na ciemną uliczkę.

Osiłek zaśmiał się lekceważąco i popisowo wyjął zakrzywiony, południowy miecz, po czym poszedł we wskazane miejsce. Mężczyzna zniknął w ciemnościach i na chwilę wróciła cisza. Nagle usłyszeli przekleństwa i szczęk stali, a po kilku krótkich oddechach, mrożący krew w żyłach wrzask.

– Kurwa – powiedział wysoki brodacz – to chyba głos Bevana?

– Pewnie jak zwykle się zgrywa – odparł niepewnie gruby opryszek, wyjmując broń – ale chodźmy kupą sprawdzić.

Grupa rzezimieszków ruszyła wolnym krokiem w kierunku ciemnego zaułka.

Aaron rozpaczliwie usiłował się podnieść. Czuł teraz wyraźnie, że miał połamanych kilka żeber. Każdy ruch sprawiał niesamowity ból. Czołgał się desperacko do przodu, kiedy nocną ciszę rozdarły przekleństwa i gniewne wrzaski, ale już po chwili zamieniły się w skowyty przerażenia i agonalne skrzeki.

Niepokojące odgłosy urwały się. Teraz było słychać tylko zbliżające się stalowe brzękanie. Aaron, stękając z bólu, poderwał się na nogi i pobiegł do przodu. Zrobił zaledwie cztery kroki zanim upadł na ziemię. Ciężko łapał oddech, usiłując dojść do siebie, ale metaliczne dźwięki były coraz bliżej i bliżej. Czołgał się ogarnięty paniką, usiłując znaleźć wyjście z tej beznadziejnej sytuacji.

– To nie może być koniec. To nie może być koniec. To nie może być koniec… – mamrotał, z wysiłkiem przesuwając się do przodu.

Nagle zamilkł i nerwowo pokręcił głową, usiłując wyłapać jak najwięcej dźwięków. Przestał słyszeć metaliczny odgłos pancerza. Chwilę leżał w całkowitej ciszy przerażony brakiem bodźców.

– Hej… hej! – powiedział głośno. Odetchnął z ulgą, słysząc swój głos, przez chwilę obawiał się, że również stracił słuch.

– Jest tu ktoś?! – krzyknął słabym głosem, kręcąc wokół głową.

Metal zgrzytnął tuż obok jego ucha. Aaron uniósł głowę w górę i nagle został zmiażdżony. Ciężka, czarna tarcza roztrzaskała jego głowę na drobne kawałeczki, błyskawicznie pozbawiając go życia. Zabójca stał chwilę nad zwłokami w absolutnym bezruchu. Po dłuższej chwili obrócił się i wolno ruszył z powrotem w ciemną uliczkę, rozpływając się w nocy.

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o