Prolog

Pieśń grana w karczmie w trakcie opowieści skryby

Miracle of sound – Forever Flame

Znowu upomniała się po niego śmierć.

Rozpaczliwie pędził przed siebie, ślizgając się dłonią po ścianach starych, drewnianych domów. Jego palce trafiły na małe wgłębienie, co oznaczało, że musi zrobić jeszcze cztery kroki i skręcić w prawo.

W jego nozdrza uderzył znajomy smród moczu i dymu. Musiał tylko puścić krawędź budynku i przebiec kawałek bez wskazówek.

“A może się przesłyszałem?”, ta myśl niemal go rozbawiła.

– Tak jakbym mógł pomylić tego potwora z czymś innym.

Zdziwił się, słysząc w swoim głosie nutki histerii. Czy naprawdę bał się aż tak bardzo? Odpowiedzi udzieliło mu jego dygoczące ciało. Początkowo pomylił to z zimnem, ale przecież miał na sobie względnie ciepły ubiór, a noc wcale nie była chłodna.

Zgrzyt.

Jego nogi same poniosły go przed siebie. Może i był ślepy, ale znał te uliczki jak własną kieszeń. W końcu spędził na nich już cały rok.

“Schowam się u Jansona”, przeszło przez jego głowę, ale natychmiast odrzucił ten pomysł, ponieważ był on równie bezsensowny, co jego desperacka próba ucieczki.

****

Tuż za rogiem uliczki pełnej chylących się chat, zasadziła się grupa rzezimieszków. W oddali wznosiły się potężne mury miasta Genevieve oświetlone pochodniami patrolujących strażników. Zdawały się oddzielać dwa różne światy.

– Czekamy już cały wieczór – poskarżył się jeden z opryszków. – Musiało ci się przewidzieć.

– Wiem, co widziałem – zaprzeczył wysoki osiłek, poprawiając swój pas. – Ta cholerna zbroja musi być warta fortunę!

– Bevan ma rację – przytaknął niski rzezimieszek o twarzy pokrytej bliznami po pryszczach. – To nasz teren. Nie popuszczę żadnej ofermie, która śmie pokazywać się tu z takim bogactwem.

– Kroki – oznajmił kolejny z grupy.

– Ja nic nie słyszę – prychnął lekceważąco Bevan wychodząc z ukrycia. Coś uderzyło w niego całym impetem.

Wielkolud nawet nie drgnął. Ze zdziwieniem przyglądał się leżącemu na ziemi żebrakowi. Młoda twarz pełna blizn po oparzeniach. Brudne włosy. Drobna budowa. Dziurawe łachmany. Nic, co mogłoby stanowić zagrożenie. Idealna ofiara.

Usta Bevana wykrzywił gniew. Zbliżył się do żebraka, zanim tamten zdążył się otrząsnąć i zaczął go okładać z całej siły nogami.

– Czyś ty pozamieniał się z gęsią na łby?! Nie widzisz, z kim zadzierasz? Nie wiesz, że nie rusza się ludzi Lewego?

– Daj spokój, Bevan… spójrz tylko na jego oczy – uspokajał wysoki, brodaty mężczyzna. – Jest ślepy jak kret.

– No faktycznie – zdziwił się osiłek, po czym kopnął żebraka jeszcze raz. – Oszalałeś? Na ślepego tak gonić? Tak można zrobić sobie krzywdę!

Towarzystwo buchnęło śmiechem.

– Czekajcie, panowie! Poznaję go – przemówił najniższy z grupy. – Toż to panicz Aaron z rodu samej Genevieve Podstępnej. Wasza Miłość ciągle tu gnije?

– Święta racja – zakpił kolejny. – Taki wielki szlachcic, a kilka kopniaków i kwiczy jak świnia.

Aaron zacisnął zęby w niemej wściekłości. Sam był sobie winien. Chaszcze były dzielnicą pełną szumowin i żebraków. W takim miejscu brak ostrożności był równoważny głupocie. Znacznie łatwiej było dorobić się tu kawałka stali między żebrami, niż w całym Genevieve dostać uczciwą pracę.

Bevan przyjrzał się raz jeszcze swojej ofierze. Wreszcie machnął na niego ręką:

– No dobra, wstawaj i zjeżdżaj mi stąd.

– I to w podskokach. – Niski opryszek uśmiechnął się złośliwie. – Wszak musisz raz jeszcze odwiedzić wielmożnych i tym razem przekonać ich, że wcale sobie swojego pochodzenia nie zmyśliłeś.

Żebrak ciężko gramolił się z ziemi, ale poobijane boki skutecznie udaremniały jego próby. Wił się, głośno jęcząc z bólu, ale nie był w stanie się podnieść.

– Chyba za mocno przejechałeś mu się po żebrach – pokiwał głową mężczyzna przy tuszy.

– Może dobijemy go, żeby się nie męczył? – wtrącił inny opryszek, a jego kamraci zaśmiali się szyderczo.

– Nie no, chłopaki, bo zaraz go obszczam ze śmiechu – rechotał Bevan, zbliżając się do skulonego żebraka.

Aaron obrócił głowę w stronę uliczki, z której przed chwilą wybiegł i wyostrzył słuch.

Zgrzyt.

Całe jego ciało zadrżało ze strachu. Nie było mowy o pomyłce. Potwór nadchodził.

– Gdzie się tak śpieszysz? Na drugi świat? – kpił Bevan, trącając go nogą.

– Uciekałem – wycedził przez zęby żebrak.

– Przed kim?

– Przed nim – odrzekł, wskazując palcem na ciemną uliczkę.

Osiłek zaśmiał się lekceważąco i popisowo wyjął zakrzywiony, południowy miecz, po czym poszedł we wskazane miejsce. Mężczyzna zniknął w ciemnościach i na chwilę wróciła cisza. Nagle usłyszeli przekleństwa i szczęk stali, a po kilku krótkich oddechach, mrożący krew w żyłach wrzask.

– Kurwa – powiedział wysoki brodacz – to chyba głos Bevana?

– Pewnie jak zwykle się zgrywa – odparł niepewnie gruby opryszek, wyjmując broń. – Ale chodźmy kupą sprawdzić.

Grupa rzezimieszków pośpiesznie udała się śladem swojego towarzysza.

Aaron rozpaczliwie usiłował się podnieść. Czuł teraz wyraźnie, że miał pęknięte żebra. Przylgnął do ziemi i zaczął się czołgać. Każdy ruch sprawiał niesamowity ból, ale mimo to nie przestawał. Nie miał wyboru.

Nocną ciszę rozdarły przekleństwa i gniewne wrzaski rzezimieszków, ale szybko zamieniły się w skowyty przerażenia i agonalne skrzeki.

Niepokojące odgłosy urwały się. Teraz było słychać tylko zbliżające się stalowe brzękanie. Aaron, stękając z bólu, poderwał się na nogi i pobiegł przed siebie. Zrobił zaledwie cztery kroki, zanim upadł na ziemię. Każdy krótki oddech dusił paraliżującym bólem.

Zgrzyt.

Aaron zacisnął zęby i spróbował się czołgać.

– To nie może być koniec. To nie może być koniec. To nie może być koniec… – mamrotał, z wysiłkiem przesuwając się do przodu.

Nagle zamilkł i nerwowo pokręcił głową, usiłując wyłowić jak najwięcej dźwięków. Przestał słyszeć metaliczny odgłos pancerza. Leżał w całkowitej ciszy przerażony brakiem bodźców. Czuł, jak narasta w nim panika. Czy jego prześladowca zrezygnował?

“To niemożliwe. Prędzej straciłem słuch!”. Ta myśl była tak bardzo przerażająca, że nie mógł dłużej wytrzymać napięcia:

– Hej… hej! – rzucił znacznie głośniej, niż powinien. – Jest tu ktoś?!

Metal zgrzytnął tuż obok jego ucha. Ciężka, czarna tarcza roztrzaskała jego głowę na drobne kawałeczki, błyskawicznie pozbawiając go życia. Zabójca stał nad jego zwłokami w nienaturalnym bezruchu. Po dłuższej chwili obrócił się i wolno ruszył z powrotem w ciemną uliczkę, rozpływając się w nocy.

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o