Rozdział 1 Klątwa – część 1

Pieśń grana w karczmie w trakcie opowieści skryby

The Gunslingers – Last Man Standing

“Ludzie są w stanie robić okropne rzeczy, tak długo jak są przekonani, że są robione w dobrej wierze.”

–  Król Edward Bogobójca



Uwaga każdego szanującego się mieszkańca Wintonian była dzisiaj skupiona na Arenie Bohaterów. Wreszcie nadeszła długo oczekiwana końcówka turnieju rycerskiego. Trybuny pękały w szwach. Widzowie wykrzykiwali to wyrazy uznania, to przekleństwa, a co odważniejsi nawet groźby w kierunku finalistów. Najczęściej jednak skandowane były ich imiona i nawet w tej chwili niosły się echem przez całą arenę, niczym burza.

Młody, wysoki rycerz w lekkim, ciemnym pancerzu rozejrzał się, patrząc na wrzeszczących z podniecenia ludzi. Udało mu się. Jest w finale, a jego imię zostanie zapamiętane na długie lata. Poprawił ostrożnie hełm, po czym odetchnął kilka razy, usiłując uspokoić wrzące emocje. Następnie spojrzał ukradkiem na swojego przeciwnika.

Był nim niezrównany Lancelot herbu Wrona. Jego głowę osłaniał błyszczący hełm, który miał nieco szersze szczeliny na usta i oczy. Lancelot był przyodziany w lśniącą metalową zbroję, która z tyłu miała wygrawerowaną ogromną wronę z rozłożonymi skrzydłami. Pancerz sprawiał wrażenie bardzo ciężkiego, ale w rzeczywistości był wyjątkowo lekki i wygodny. Jego sekret leżał w mistrzowskim wykonaniu i potwornie drogiej khenijskiej stali.

Z wrzawy na trybunach wyłonił się czysty, gromki głos oratora królewskiego.

– Powitajmy w finale Lancelota herbu Wrona oraz Oriona herbu Niedźwiedź!

Mówca umilkł, dając możliwość rozproszenia się nagłej wrzawie głosów, którą wywołały jego słowa.

– Rycerze! Złóżcie hołd królowi Arturowi Trzeciemu! – wykrzyczał w końcu potężnie, tylko cudem nie nadwyrężając swojego gardła.

Tłum skandował imiona młodych wojowników, a oni sami odwrócili się twarzą do trybuny, po środku której w milczeniu siedział król. Finaliści szybko przyłożyli prawe pięści do piersi, a następnie uklękli z pochylonymi głowami. Ponownie podniósł się głos królewskiego oratora.

– Rycerze, powstańcie i przygotujcie się!

Mężczyźni wstali, oddalili się kilka kroków do tyłu i bez wahania dobyli mieczy.

– Walczcie! – zagrzmiało z góry i natychmiast utonęło w radosnej wrzawie widowni. Wojownicy rzucili się do boju.

Był to pojedynek wspominany później przez wiele kolejnych dekad jako jedno z najbardziej widowiskowych starć w historii. Nie bez powodu. Każdy z rycerzy był świetnym szermierzem, dlatego bili się wprawnie i widowiskowo. Każdy cios był zbijany lub blokowany i natychmiast kontrowany. Szalone tempo walki zapierało dech w piersiach. Wymiana uderzeń zdawała się nie mieć końca. Rycerze walczyli w ogromnym skupieniu, mając całkowitą świadomość, że każdy najmniejszy błąd będzie oznaczał porażkę.

Niespodziewanie dla wszystkich, szala zwycięstwa zaczęła się przechylać w stronę Oriona, czarnego konia tego pojedynku. Potężny rycerz walczył jak sam demon, bezbłędnie i bez oznak zmęczenia. Z każdym krótkim oddechem coraz bardziej osaczał swojego przeciwnika, co było nagradzane okrzykami widowni pełnymi niepokoju i zdziwienia.

Lancelotowi z kolei przedłużająca się walka coraz bardziej dawała się we znaki. Ciężko oddychał, zaciekle walcząc o każdy jeden krok. Nagle zrobił szybki wypad do przodu i skrzyżował klingę ze swoim rywalem.

– Chłopie… Wiem, że miał być ładny spektakl, ale zbyt długo takiego tempa nie wytrzymam… – wysapał tamten, z trudem łapiąc oddech.

– Już kończymy – uśmiechnął się przeciwnik w ciemnej zbroi.

Szybko rozdzielili się, po czym po krótkiej wymianie zwodów i cięć Orion popełnił błąd. Wszedł za mocno w kontrę i stracił równowagę, co natychmiast wykorzystał Lancelot, zwalając go z nóg i przystawiając mu ostrze do gardła.

Widzowie patrzyli się w ciszy na scenę, która rozgrywała się pod nimi, zupełnie nie pojmując jej znaczenia.

Nagle trybuny wybuchnęły unisonem radosnych głosów. Z tej nieskładnej wrzawy szybko wyłonił się gromki chór głosów, skandujących imię zwycięzcy. Ku ogromnemu zdziwieniu widowni, Lancelot zabrał miecz i podał przeciwnikowi rękę, pomagając mu wstać, a następnie lekko skłonił mu się z szacunkiem.

Tłum ryknął radośnie, a krzepki chór głosów natychmiast uwzględnił to wydarzenie w swoim skandowaniu i już wkrótce po całej Arenie Bohaterów niosły się echem imiona dwóch finalistów.

Orion uśmiechnął się pod nosem i również się skłonił.

– Zwycięzcą wielkiego turnieju rycerskiego w Wintonian zostaje rycerz Lancelot herbu Wrona! Chwała zwycięzcy! – rozbrzmiał głośny i wyrazisty głos królewskiego oratora.

Widownia natychmiast odpowiedziała gromkim skandowaniem imienia zwycięzcy. Orion uśmiechnął się, patrząc na grymas na twarzy swojego przyjaciela. Lanc nie cierpiał, kiedy nazywano go jego pełnym imieniem.

Kiedy na trybunach zapanował względny spokój, mówca przemówił ponownie.

– Jednak nie zapominajmy o wszystkich zwyciężonych, którzy zapewnili nam wspaniałe widowisko, a zwłaszcza o naszym dzielnym rycerzu Orionie. Chwała zwyciężonym!

Ostatnie zdanie zostało podchwycone przez tłum i wkrótce trybuny znowu wrzały unisonem tysiąca głosów.

Król Artur obserwował chwilę widownię, aż wreszcie powoli wstał ze swojego tronu. Skandowania natychmiast zaczęły tracić na mocy. Artur wyprostował się i skupił całą swoją uwagę na dwójce finalistów. Był mężczyzną potężnej budowy, od którego biła siła i władczość. Ubrany był w zdobione, jedwabne szaty, które mimo wszystko w jakiś sposób wyglądały jak strój żołnierza. Kiedy przemówił, panowała już zupełna cisza.

– Zaprawdę wasza walka poruszyła moje serce i chciałbym wyrazić wam swoje uznanie. Zapraszam was na ucztę, która odbędzie się dzisiaj wieczorem!

Tłum ponownie wybuchł głośnymi wiwatami, a rycerze uklęknęli przed królem oddając mu hołd. Następnie podnieśli się, raz jeszcze skłonili tłumowi, zaś Lanc uniósł do góry miecz, czym zasłużył na kolejne wiwaty i owacje na stojąco. Wreszcie finaliści skłonili się po raz ostatni i niespiesznie zeszli z areny. Szli ramię w ramię, powoli zmierzając do stajni turniejowej.

– Dlaczego mój ród nie posiada nazwiska? – powiedział Lanc z wyrzutem. – Weźmy na przykład Rodrika Toueren. To brzmi dostojnie!

– Ale w praktyce oznacza mierne umiejętności – odparł kwaśno Orion. – Wspomniany przez ciebie jegomość nie wszedł nawet do ósemki finalistów.

– Być może – rzekł Lancelot – ale to nie zmienia faktu, że takie nazwisko dodaje majestatu.

– Tylko bardzo stare rody mają nazwiska – wzruszył ramionami Orion. – Teraz się już tego nie praktykuje.

– Oczywiście, że się praktykuje – prychnął zwycięzca turnieju – tylko mówi się teraz ród Wrony, ponieważ moim herbem jest właśnie Wrona. Jak to w ogóle brzmi?

– Normalnie – odparł jego towarzysz, nawet nie próbując wykazać zrozumienia. – Moim zdaniem tak jest dużo prościej. Jeśli koniecznie chcesz utrudnić życie ludziom wokół siebie, przedstawiaj się nazwiskiem rodowym swojej matki.

– Lanc Sanguis – powiedział na próbę Lancelot – nie, coś mi tu nie gra.

– Bo niepotrzebnie skracasz swoje imię – uśmiechnął się szyderczo Orion, czym zasłużył sobie na mordercze spojrzenie swojego przyjaciela. – Za bardzo skupiasz się na szczegółach – dodał szybko, próbując zmienić temat. – Niejedna stara familia może tylko pomarzyć o wpływach i zasobach twojego rodu

– Właśnie! Dobrze, że mi przypomniałeś. W sprawie twoich pieniędzy… – zaczął Lanc, ale Orion natychmiast mu przerwał głośnym syknięciem. Zdążył w ostatniej chwili. Nagle przed nimi wyrósł wysoki mężczyzna w czarnym, aksamitnym płaszczu. Miał on starannie przystrzyżoną brodę, a jego długie, czarne włosy były ciasno upięte w kucyk. Jego głębokie oczodoły nadawały przenikliwości jego spojrzeniu, czyniąc je bardzo charakternym.

– Witam, lordzie Hohenheim – rzekł rycerz herbu Niedźwiedź, chyląc z szacunkiem czoło.

– Witaj, młody Orionie. – pozdrowił go mężczyzna. – Kto by pomyślał, że dzisiaj to ty przegrasz z moim synem, chyba należą ci się podziękowania od Lancelota za wszystkie tęgie lania, które od ciebie dostał.

Hohenheim roześmiał się po czym spojrzał z aprobatą na syna.

– Dobra robota, Lancelocie. Chodź synu, mamy wiele do przedyskutowania.

Lanc skrzywił się, ale skinął głową, po czym odwrócił się do przyjaciela.

– Nie idź na ucztę, Orionie. Ostatnio chodzą niepokojące plotki…

– Które powinny zostać plotkami, nie godzi się zachowywać jak baba na targowisku mężczyźnie z rodu Wrony – natychmiast przerwał mu mężczyzna w czerni.

– Ależ ojcze, ta sprawa jest szczególnie…

– Lancelot! Nadużywasz mojej cierpliwości i przynosisz mi wstyd! – ponownie urwał Hohenheim z iskrami gniewu w oczach, po czym obrócił się i ruszył przed siebie. Lanc zamilkł, pochylił głowę i niechętnie udał się za nim, ale po chwili obejrzał się i spojrzał znacząco na przyjaciela. Wkrótce już szedł ramię w ramię ze swoim ojcem. Orion doskonale rozumiał, co oznaczało to spojrzenie. Lanc próbował go ostrzec. Niestety musiał zignorować dobrą radę przyjaciela. Królewska uczta – to było zbyt ważne. To była szansa dla całego jego rodu. To był kamień milowy w jego karierze.

Po powrocie do domu, młodzieniec herbu Niedźwiedź wziął szybką kąpiel, a następnie przystąpił do przeglądania swojej garderoby. Wystroił się w gustowną, ale nieco wysłużoną lnianą tunikę, proste spodnie, a na wierzch zarzucił płaszcz o leśnych barwach jego rodu. Chwilę przyglądał się sobie w lustrze, czym ostatecznie zasłużył sobie na docinki od młodszego rodzeństwa.

Orion udał się do pałacu królewskiego wieczorem. Uprzedzono go, żeby zabrał ze sobą miecz, co budziło pewne wątpliwości, ale zrobił to nie zadając zbyt wiele pytań. Na miejscu, w pierwszej kolejności rozejrzał się za swoim przyjacielem Lancelotem. Po krótkich, lecz niestety bezowocnych poszukiwaniach wzruszył ramionami i udał się do stołu. Chwilę później dowiedział się, że Lanc nie mógł stawić się na ucztę ze względu na poważny uraz, którego nabawił się w trakcie finałowego pojedynku. Zaniepokoiło go to, gdyż wiedział, że rzekoma kontuzja jest czystym wymysłem. Nagle ponownie przypomniał sobie ostrzeżenie przyjaciela, lecz i tym razem postanowił je zignorować.

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o