Rozdział 1 Klątwa – część 5

– Mój królu.. – odezwał się nagle świeżo upieczony władca Ziem Marchijskich. – ..bardzo dziękuję za szczodre dary, aczkolwiek obawiam się o przyszłość swojego rodu.
– Niepotrzebnie się obawiasz, jeśli polegniesz, zadbamy o całą twoją rodzinę.

– Wasza Wysokość źle mnie zrozumiała. Chodzi mi o potomstwo, o przetrwanie mojej krwi.

Orion spojrzał czujnie na króla, który odwzajemnił spojrzenie, po czym krzywo się uśmiechnął.

– Nie widzę konfliktu interesu. Pokonaj klątwę, a będziesz w stanie wejść do królewskiej rodziny. Jeśli zaś będziesz czuł, że kres życia się zbliża, rób, co uważasz za słuszne. Nie oszukujmy się, mój gniew nie będzie w stanie przebić tego, czego doświadczysz od strony Czarnego Rycerza. Jeśli zaś się martwisz o swoją rodzinę, to niepotrzebnie. Nie mam w zwyczaju mścić się na innych za cudze przewinienia. Kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć o tym doskonale.

Słysząc ostatnie zdanie Orion skulił się jak pod uderzeniami bicza i zacisnął zęby tamując falę przykrych wspomnień. Skłonił się królowi i za jego pozwoleniem udał się do wyjścia. Na tym audiencja się skończyła.

Orion dostał tydzień na przygotowania, po upłynięciu którego miał opuścić stolicę. W tym czasie miał zamiar uporządkować swoje sprawy. Kiedy później myślał już na spokojnie o całej sytuacji, stwierdził, że Artur postąpił bardzo rozsądnie. Z jednej strony zapewnił godne życie jego rodzinie, z drugiej zaś zagwarantował bezpieczeństwo sobie i swoim ludziom. Mimo to jednak w głębi duszy miał za złe królowi, gdyż czuł, że został spisany przez niego na stratę. Doszedł także do wniosku, że tak naprawdę zaręczyny w istocie były bardziej karą dla Patricka Łotrzyka, niż jego nagrodą. Nie podobało mu się, że został narzędziem w rękach króla, a jeszcze bardziej nie spodobało mu się spojrzenie, jakie rzucił mu sir Patrick tuż przed wyjściem z sali tronowej. Młodzieniec przeklinał swój los, Czarnego Rycerza i króla Artura wraz z jego krnąbrnym bratem.

Tydzień minął Orionowi bardzo pracowicie. Mężczyzna zaplanował swoją podróż, naszykował uzbrojenie i pożywienie w postaci sucharów i suszonych plastrów wołowiny oraz rozdysponował także nowym majątkiem. Jako swojego namiestnika wyznaczył młodszego brata, Romualda. Romuald miał waleczne serce i bystry rozum, ale niestety natura poskąpiła mu zdrowia. Był bardzo szczupły oraz o głowę niższy od Oriona, co było dość nietypowe jak na potomka rodu Niedźwiedzia, w którym mężczyźni cechowali się wysokim wzrostem i mocną posturą. Z twarzy bardzo przypominał Oriona z tą różnicą, że nosił dłuższe włosy sięgające ramion, które często wiązał w kucyk.

Romuald, ze względu na swój stan zdrowia, poświęcił lata na czytanie ksiąg, dlatego cechował się inteligencją i bystrością umysłu. Był też świetnym zarządcą i ekonomistą. Kiedy cztery lata temu przejął gospodarowanie rodzinnym mieniem po zmarłym ojcu, nikt nie przypuszczał, że pomnoży skromny majątek rodu Niedźwiedzia kilkakrotnie. Orion darzył brata nieograniczonym zaufaniem i wyłącznie jemu przedstawił całą prawdę o położeniu, w którym się znalazł. Całej reszcie powiedział, że wyrusza na specjalną misję królewską. Nie chciał martwić swojej rodziny, a jedyne, czego pragnął w danej chwili, to jak najszybciej się oddalić ponieważ bał się, że ściągnie zły los na cały swój ród.

Kiedy wreszcie nastąpił czas wyjazdu, Orion gorąco się żegnał ze swoją rodziną zebraną na małym podwórku posiadłości rodu Niedźwiedzia w Wintonian. Objął jak zwykle nieobecną duchem matkę, ucałował malutką siostrzyczkę Elizabeth oraz krzepko uścisnął rękę staremu dziadkowi Drestowi. Starzec był postacią legendarną dla każdego z rodu Niedźwiedzia. Mężczyzna nie widział na jedno oko i chodził opierając się ciężko na laskę, ale za młodu to właśnie on swoją odwagą na polu bitwy zdobył tytuł szlachecki, herb Niedźwiedzia. Jego późniejsze poczynania, jako dowódcy Ponurej Kompanii, przyniosły mu chwałę i uznanie w środowiskach militarnych. Był też najstarszym wojownikiem biorącym udział w straszliwej wojnie z Desercją dwie dekady temu. Właśnie tam stracił oko i połamał lewe kolano, które już nigdy się dobrze nie zrosło. Dłuższy czas to on zajmował się szkoleniem militarnym Oriona i Romualda.

Orion skinął raz jeszcze z szacunkiem głową staremu Drestowi, po czym podszedł do swojego brata Romualda. Mężczyźni wymienili się mocnym uściskiem dłoni.

– Nie daj się zabić. Będę robił wszystko co w mojej mocy, żeby znaleźć jakieś rozwiązanie. Pamiętaj, dawaj mi listownie znać, gdzie jesteś. – powiedział cicho Romuald.

– Pewnie – odpowiedział Orion żwawo. – Opiekuj się nimi.

Młodzieniec, wbrew nieudolnym protestom, krzepko uścisnął brata zbliżając usta do jego uszu.

– Uważaj na brata króla. – wyszeptał cicho rzucając Romualdowi zmartwione spojrzenie, po czym cofnął się i rozejrzał. Stał chwilę spoglądając na wszystkich swoich krewnych. Żałował, że Helena nie była wśród obecnych. Dziewczyna przypadła mu do gustu, co prawda głównie ze względu na walory fizyczne. Księżniczka była średniego wzrostu, miała kręcone czarne włosy i śliczną dziewczęcą twarz. Dziewczyna była młodsza od Oriona o jakieś pięć lat, ale pomimo młodego wieku miała bardzo kobiece kształty. Przez ostatni tydzień młody rycerz usiłował z nią porozmawiać. Słusznie obawiał się, że wymuszone królewskie zaręczyny mogą nie spodobać się młodej, kapryśnej księżniczce. Niestety nie dowiedział się, co Helena o tym myśli, ponieważ nie udało mu się z nią spotkać. Wczoraj poinformowano go jedynie o nagłej chorobie księżniczki, przez którą nie mogła go dzisiaj pożegnać. Orion podejrzewał, że w rzekomej chorobie bardzo mocno maczał palce sir Patrick Łotrzyk. Był to kolejny sposób, żeby przekazać młodzieńcowi, że nie jest mile widziany w jego rodzinie.

Orion spojrzał po raz ostatni na wszystkich zebranych i uśmiechnął się ciepło, ale oczy nie uśmiechały się wraz z twarzą. Mężczyzna pomachał wszystkim ręką, wskoczył na konia i ruszył przed siebie nie oglądając się. Nigdy nie był dobrym kłamcą, dlatego bał się, że jeśli poczeka jeszcze trochę, zostanie zdemaskowany.

Zaczął kropić zimny, wiosenny deszcz. Zebrani gorączkowo osłaniali głowy przed chłodną, przenikliwą wodą. Wyjątkiem był Romuald, który patrzył bratu w ślad zaciskając mocno zęby i pięści. Po jego czole spływała chłodna woda, a jego włosy coraz bardziej kleiły się od wilgoci. Na jego twarzy rysowała się ogromna determinacja oraz żal. Zawsze miał sobie za złe swoje słabe zdrowie, jednak pierwszy raz w życiu nienawidził siebie za to, aż tak bardzo. Wątłe ciało doprowadzało go do szału.

Pieśń grana w karczmie pod koniec opowieści skryby

The Vision Bleak – Into the Unknown

Miał ochotę wrzeszczeć, głośno przeklinać niebiosa za swój cholerny los, przez który nie mógł pojechać wraz z Orionem.

– Romuś, wszystko gra? – zapytała mała Elizabeth zaniepokojonym głosem. Nigdy wcześniej nie widziała takiego wyrazu twarzy u swojego ukochanego braciszka.

– Tak, Ellie, to miłe że się o mnie martwisz. – odparł z wymuszonym uśmiechem, po czym obrócił się do reszty. – Chodźmy już. Mamy wiele do zrobienia.

****

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o