Rozdział 1 Klątwa – część 6

Pieśń grana w karczmie w trakcie opowieści skryby

Alex Roe – Night of the Hunt

Orion pędził przed siebie. Zimny wiatr palił jego rozbite wargi niczym rozgrzane do czerwoności żelazo. Nie przejmował się tym. Nie było na to czasu. Obejrzał się, żeby zobaczyć, gdzie znajdował się jego prześladowca i żachnął się. Był bliżej niż się spodziewał, ale na szczęście dotarli już na miejsce.

Mężczyzna wbiegł na dużą leśną polanę i szybko obrócił się, wyjmując długi miecz. Czarny Rycerz szarżował na niego z wysuniętą do przodu tarczą. Chybił o włos. Nie zatrzymując się, podążył za swoim celem i z rozpędu zaatakował go mocnym cięciem od góry. Orion odskoczył i lekko trącił jego miecz, sprawdzając w ten sposób siłę uderzenia. Dzięki temu potwierdził swoje przypuszczenia. Czarny był wyraźnie słabszy i wolniejszy niż poprzednio. Istniała nawet szansa, że Orion będzie w stanie parować i blokować. Niestety, to wcale nie oznaczało, że czekała go łatwa walka. Jego prześladowca był najtrudniejszym przeciwnikiem, którego spotkał w swoim życiu.

Technika walki Czarnego Rycerza ustępowała jego własnej, ale braki nadrabiał koszmarną siłą oraz dominującym stylem. Każdy jego atak zamieniał się w niekończącą się serię cięć, co nie dawało czasu na ani chwilę wytchnienia. Jakby tego było mało, z oczu nawet na sekundę nie można było spuszczać tarczy, którą Czarny Rycerz potrafił atakować równie płynnie co i swoim ogromnym mieczem. Orion boleśnie się o tym przekonał na własnych zębach na samym początku konfrontacji, dlatego teraz dwoił się i troił w swoich wysiłkach, usiłując uniknąć każdego ataku metalową pawężą.

Młodzieniec ostrożnie cofał się. Czarny Rycerz poruszał się nienaturalnie sztywno, bardziej przypominając chodzącego trupa niż prawdziwego człowieka. Przez szczelinę w jego hełmie emanowała zgniła poświata, która boleśnie przypominała Orionowi, z kim lub też czym miał do czynienia. Młodzieniec wzdrygnął się i ostrożnie ruszył w bok. Czarny Rycerz gwałtownie ruszył do ataku. Orion z trudem uniknął cięcia, po czym odpowiedział szybką kontrą, która z żałosnym brzęknięciem spotkała się z tarczą. Szybko wycofał się, zaciskając mocno zęby. Ciągle nie przyzwyczaił oczu do nagłych zmian w zachowaniu swojego przeciwnika. Czarny Rycerz poruszał się ślamazarnie i niezdarnie, ale w mgnieniu oka potrafił burzliwie przyspieszyć i zaatakować tak nieprzewidywalnie, jak potrafiło wyłącznie dzikie zwierzę.

Wojownicy zataczali płynne półkola, przy czym Orion powoli cofał się w kierunku wielkiego dębu. Czasami wymieniali kilka cięć, ale młody rycerz bardzo pilnował, żeby walka nie skończyła się w zwarciu. Mąż z rodu Niedźwiedzia niespodziewanie zatrzymał się, co wykorzystał jego upiorny przeciwnik, zachodząc go półkolem od prawej strony. Ciężko stanął na prawej nodze, która niespodziewanie zapadła się w ziemię razem z trawą.

Zjawa runęła prosto w pułapkę.

Orion odetchnął z ulgą i ruszył w stronę wilczego dołu. Nie miał może wsparcia licznych oddziałów wojskowych, ale dobrze znał się na pułapkach, dlatego przez ostatni miesiąc starannie przygotował miejsce pod walkę z upiorem. Z każdym krokiem coraz bardziej się uspokajał. Na szczęście jego przeciwnik nie grzeszył rozumem, co dawało nadzieję.

Ciszę rozdarł wściekły, upiorny wrzask. Młodzieniec zatrzymał się i uniósł miecz. Z wilczego dołu powoli wyczołgał się Czarny Rycerz. Wściekle wył, podnosząc się z ziemi. Orionowi na czoło wystąpił zimny pot. Z całych sił starał się nie dać porwać panice. Upiór potężnie ryknął i ruszył, kuśtykając w stronę młodego rycerza. Jego noga była przebita złamanym, zaostrzonym palem, co znacznie spowalniało jego ruchy. Ku wielkiemu przerażeniu młodzieńca z rodu Niedźwiedzia, wydawał się zupełnie nie przejmować poważną raną, z której wolno sączyła się ciemna maź.

Orion wbrew woli zaczął się cofać. Istota w czarnym pancerzu sunęła za nim, stąpając dokładnie po jego śladach. Orion zlizał krew z wargi. Jego nieposłuszne dłonie niepotrzebnie luzowały chwyt na rękojeści miecza, a ciało aż rwało się do panicznej ucieczki. Z wysiłkiem panował nad tym instynktem niczym niedoświadczony jeździec nad wierzgającym koniem. Z trudem szukał w sobie resztek odwagi, które mozolnie składał jak artysta mozaikę. Wreszcie przełknął ciężko ślinę i głośno krzyknął, dodając sobie w ten sposób ostatniej, brakującej kropli odwagi. Ze złością natarł na Czarnego Rycerza mocnym cięciem od góry. Upiorny przyjął cios na tarczę, ale szybko opadł na jedno kolano. Orion szaleńczo rąbał tarczę, wkładając w każde uderzenie całą swoją furię, aż wreszcie ręka jego przeciwnika bezsilnie opadła na ziemię. Młodzieniec zamachnął się i z całych sił uderzył w szyję wroga. Cięciu zabrakło precyzji, ostrze utkwiło na całej szerokości w karku Czarnego Rycerza, który zaskrzeczał i natychmiast odpowiedział cięciem od dołu. Orion puścił swój miecz i odskoczył do tyłu, ale nie zrobił tego odpowiednio szybko. Na szczęście dorobił się jedynie kolejnej długiej bruzdy na metalowym napierśniku.

Upiór podniósł się z wbitym mieczem w środek szyi i ruszył w stronę Oriona, machając wściekle szybko czarnym ostrzem. Młodzieniec próbował nie dać się trafić, ale wielka czarna klinga sięgała go raz za razem, rozcinając utwardzoną skórę pancerza i ciało. Świat zaczął wirować przed jego oczami, co boleśnie uświadomiło mu, że zdążył już stracić za dużo krwi. W ostatnim wysiłku mocno odskoczył do tyłu, wystawiając się na kolejną zabójczą szarżę Czarnego Rycerza. Upiór szybko pokonał dystans, zamachnął się i runął prosto w objęcia wilczego dołu. Tym razem Orion nie tracił ani minuty. Szybko podbiegł do pułapki i zajrzał do środka. Tuż przy jego nodze ziemię chwyciła opancerzona ręka. Wkrótce ze środka wyłonił się czarny hełm oraz barki. Orion szarpnął za wystający z szyi upiora miecz, z trudem uwalniając broń. Następnie zamachnął się i z całych sił uderzył Czarnego Rycerza w szyję, padając z impetem na kolana. Głowa zjawy poleciała na trawę i sturlała się z powrotem do wilczego dołu. Ciało w czarnej jak smoła zbroi powoli zsunęło się z powrotem do pułapki. Podobnie jak poprzednio, pozostałości Czarnego Rycerza rozpłynęły się w powietrzu.

Orion został na kolanach i przez chwilę mocnymi haustami nabierał powietrze, usiłując złapać oddech i uspokoić nerwy. Wreszcie podniósł się i pokuśtykał w stronę dęba, prawie wpadając w kolejny wilczy dół, o którym w przypływie emocji zupełnie zapomniał. Z dużej dziupli w drzewie, wyjął mały worek, który szybko rozwiązał. W środku znajdował się spirytus, igła, nici oraz bandaże. Orion dokonał pośpiesznych oględzin swojego ciała. Miał sporo ciętych ran, ale na szczęście żadna z nich nie była bardzo głęboka. W większości przypadków starczył sam alkohol i bandaże. Pozostałe rany musiał pozszywać, co uczynił wprawnie, ale nie stroniąc się od głośnych przekleństw.

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o