Rozdział 2 Witamy w Genevieve – część 6

Pieśń grana w karczmie w trakcie opowieści skryby

Apocryphos, Kammarheit, Atrium Carceri – The dead fire

Elein i Orion pragnęli jak najszybciej opuścić ratusz.  Pośpiesznie wrócili do zatłoczonego holu i już wkrótce rozmawiali ze strażnikami pilnującymi wejścia do ratuszu. Po odzyskaniu uzbrojenia wnikliwie je przejrzeli. Elein westchnęła z ulgą, chowając ogromny, piękny miecz z powrotem do pochwy.

– Nie lubię się z nim rozstawać – rzekła pośpiesznie, zauważając spojrzenie Oriona.

– Słusznie – skinął ten w odpowiedzi głową. – Wygląda na bardzo drogi, dlatego następnym razem lepiej nie ryzykować – dodał cicho, subtelnie wskazując głową na chciwe twarze strażników.

Następnym krokiem było sprawdzenie ruin posiadłości rodu Genevieve. Nie wiedzieli, gdzie się ona znajduje, ale zgodnie stwierdzili, że zapytają o to kogokolwiek, byleby nie był to ktoś z ratusza. Musieli zaczepić kilku przechodniów, ale ostatecznie udało im się dostać bardzo rzetelne wskazówki.

Skierowali się na południowy zachód do Szlachetnej Dzielnicy. Niestety droga okazała się być bardzo zawiła, dlatego długo błądzili po ciasnych uliczkach miasta. O tym, że są blisko, poinformował ich wszechobecny przepych. Kroczyli szeroką ulicą pełną pięknych posiadłości, z mniej lub bardziej stromym ogrodzeniem. Zatrzymali się obok wejścia do banku o pięknej, zagranicznej nazwie “Va banque”.  Cel ich podróży znajdował się po drugiej stronie ulicy. Był to ogromny, opuszczony teren otoczony dużym, kamiennym murem. O tym, że ogrodzenie posiadało kiedyś bramę, świadczyła przerwa w murze i zawiasy na dwóch końcach.

– No i jesteśmy na miejscu – podsumowała na głos Elein. – Trochę to zarosło. – Dziewczyna wskazała na ogród na podwórku.

– Wygląda na to, że burmistrz nie kłamał – odparł Orion, po czym ruszył razem z Elein na drugą stronę drogi.

Weszli na teren posiadłości. Otaczał ich ogród pełen kontrastów.  Wiekowe drzewa, mieniły się różnymi barwami, onieśmielając swoim dzikim pięknem. Niestety zapuszczone, brzydkie krzaki rosły byle jak, utrudniając przeprawę do posiadłości. Sytuacji nie poprawiała ani bagnista ziemia, ani wilgotne, śliskie liście na których tak łatwo można było stracić równowagę.

Spalona posiadłość znajdowała się nieco głębiej. Orion zatrzymał się, obejmując ją w całości wzrokiem. Szybko prześlizgnął się oczami przez zapadnięty dach oraz okna bez szyb, poświęcając dłuższą chwilę osmalonym murom. Po prawej stronie od domu, znajdowały się zgliszcza stajni. Zarówno budynek jak i cały teren posiadłości wydawały się być zupełnie opuszczone.

Elein również przez chwilę przyglądała się temu co zostało po posiadłości rodu Genevieve. Wkrótce obróciła się do Oriona.

– Dziwna sprawa z tą posiadłością, nie sądzisz?

– Jest dość upiorna – przyznał mężczyzna.

– I pusta, zaś burmistrz zarzekał się, że teren stoi wolny od kilku lat. Dziwne, że w tym czasie nikt go nie kupił.

– Racja – zgodził się Orion. – Dodatkowo nie ma tu żadnych dzikich mieszkańców, a przecież ten dom ma porządne grube ściany dzięki którym żebracy czy zwykli bezdomni mogli by spokojnie przetrwać nadchodzącą zimę.

– Musimy starannie się tu rozejrzeć – skinęła głową Elein, kładąc ręce na bokach.

Pokręcili się jeszcze chwilkę po okolicy, a następnie z ociąganiem weszli do budynku. Zgodnie z oczekiwaniami zastali tam pustkę i liczne ślady włamań. Orion długo rozglądał się po pomieszczeniach. Stąpał ostrożnie po podłodze, ale nawet to powodowało ciche, niepokojące echo. Czarne, nieprzyjazne ściany zdawały się zżerać całe światło bijące z okien, pozostawiając pomieszczenia w półmroku. Rycerz zatrzymał się. Znajdował się w dużym, przestronnym pokoju z brudną od popiołu podłogą. Jego uwagę natychmiast skupiły ogromne bruzdy na ścianie naprzeciwko framugi. Podszedł bliżej i przez dłuższą chwilę bacznie im się przyglądał, co nie umknęło uwadze panny Wilhelm.

– Jakieś pomysły, skąd to się tu wzięło? – zapytała, ostrożnie wchodząc do pomieszczenia.

Orion obrócił się i spojrzał nieobecnym wzrokiem na dziewczynę.

– Raczej domysły, bruzdy mogła zostawić bardzo duża broń, na przykład ogromny, dwuręczny miecz.

– Czekaj, czy sugerujesz, że Czarny mógł maczać w tym palce? – zdumiała się Elein.

– To jest tylko przypuszczenie, równie dobrze to mogła być ciężka halabarda, albo inna broń. Niestety za mało wiemy, żeby można było wykroczyć ponad domysły – wzruszył ramionami mężczyzna.

Niedługo później zakończyli oględziny byłej posiadłości rodu Genevieve i wrócili do karczmy “Królowa”. Na miejscu zastali lekko podchmielonego Olafa. Mężczyzna opierał się łokciami o ladę, znajdując się zdecydowanie zbyt blisko rozpromienionej Elwiry.

– Jak na swój wzrost, masz ogromne ambicje – śmiała się karczmarka.

– Chodźmy na zaplecze, a udowodnię ci, że nie tylko moje ambicje są ogromnych rozmiarów – odparł wojownik z bezczelnym uśmiechem. Elein przewróciła oczami i szybko ruszyła w kierunku Olafa. Zgrabnie chwyciła go za ucho i bez ceregieli odciągnęła od lady. Rzuciła jeszcze na odejściu przepraszające spojrzenie Elwirze, która tylko z uśmiechem machnęła ręką. Orion odchrząknął, czując się wyjątkowo niezręcznie. Wreszcie zebrał się na odwagę i podszedł do karczmarki.

– Przepraszam za mojego przyjaciela. To dobry człowiek, tylko za dużo wypił.

– Daj spokój, czułabym się wręcz urażona, gdyby żaden z mężczyzn nie zwrócił na mnie uwagi. Gdy nie mam ochoty na zaloty po prostu zakładam bluzkę z kołnierzem pod szyję – odpowiedziała Elwira z poważną miną. Orion przyznał w duchu, że słowa kobiety miały jakiś sens, ale postanowił zaszufladkować jej przypadek jako logiczny wyjątek od pokrętnej reguły. Skwapliwie pożegnał się z karczmarką i ruszył schodami za Elein i Olafem, który wyraźnie niezadowolony cicho mamrotał pod nosem.

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o