Rozdział 2 Witamy w Genevieve – część 22

Pieśń grana w karczmie w trakcie opowieści skryby

Ace Waters – Have You Ever Heard of a Talking Flower?

Mały odprowadził ją do wyjątkowo paskudnej rudery. Dom miał okna i drzwi, które wydawały się trzymać zawiasów wyłącznie siłą przyzwyczajenia. Dziewczyna ostrożnie zapukała. Drewno zatrzeszczało, ale ku wielkiemu zaskoczeniu Elein, jednak wytrzymało. Drzwi ostrożnie uchyliły się ze skrzypem. W wąskiej szczelinie między drzwiami a framugą ukazała się podejrzliwa, stara twarz.

– Dzień dobry, panie Janson. – zaszczebiotał mały.

– To ty, Edzio? – odparł dziadek mrużąc oczy i powoli wysuwając się ze swojego domu. – Kogo tym razem żeś przyprowadził?

– Pana rycerza! – powiedział dumnie mały.

– Jak się okaże, że ściągnąłeś na mnie kłopoty, to tak ci przetrzepię skórę.. – pogroził laską stary Janson łypiąc na dzieciaka spode łba.

– Nie będzie żadnych kłopotów. – zaprzeczyła Elein. – Chcę tylko zadać kilka pytań.

– A dlaczego mam wam na nie odpowiadać, mości rycerzu? – odparł żebrak patrząc podejrzliwie na olbrzyma w zbroi.

– Dziadzio nie bądź taki, przecie pan rycerz może dać srebrnika! – powiedział Edzio pokazując dziadkowi monetę.

– Uważaj mały, bo szybko stracisz te pieniądze. – uprzedziła go dziewczyna.

– Pan chce mi zabrać? Tak nie wolno! – oburzył się mały.

– Nie ja – odburknęła panna Wilhelm. – ktoś inny..

– A kto? – drążył Edzio. Wojowniczka zawahała się i uważnie się rozejrzała w poszukiwaniu jakiegoś przykładu. Jej wzrok szybko padł na starego Jansona, który mierzył ją niezbyt życzliwym wzrokiem.

– Na przykład on. – powiedziała wskazując na niego palcem.

– Dziadzio, tak nie wolno! – oburzył się chłopczyk i schował szybko pieniążek.

– Edzio, przymknij się chwilę! – zganił go Janson, po czym zmierzył rycerza chytrym wzrokiem. – Jeśli waszmość da mi pięć srebrników to może i pogadamy.

– Dam ci pieniądze, ale po rozmowie, i to wyłącznie jeśli stwierdzę, że była interesująca. – powiedziała dziewczyna niebezpiecznie mrużąc oczy.

– Nic z tego. – odciął stary.

– Dziadku, jeśli chcesz się łudzić to prosze bardzo, dam ci pieniądze teraz, ale skąd będziesz masz gwarancję, że nie zabiorę ich siłą, kiedy skończymy? – zapytała twardym tonem. Janson zamyślił się, a z jego twarzy zniknął chytry wyraz. Spojrzał z obawą na posturę olbrzyma, a następnie zmierzył wzrokiem swoją starą chałupę, zupełnie jakby ważył swoje szanse. Elein nie ponaglała go.

– A niech to cholera, pytajcie.. – westchnął wreszcie dziadek machając ręką.

– Interesuje mnie człowiek o imieniu Aaron. Ponoć byliście całkiem zżyci. Co się z nim stało?

Brwi starego żebraka powędrowały bardzo wysoko dając upust jego zdziwieniu. Na moment zamyślił się, a jego twarz wyraźnie posmutniała.

– Nie wiem.. – odparł z cichym spokojem, który mocno kontrastował z jego wcześniejszą postawą. – Po prostu zniknął jakieś cztery lata temu, mam nadzieje, że teraz jest w lepszym miejscu..

– Czyli jest szansa, że żyje? – zapytała Elein z nadzieją. Dziadek spojrzał się na nią zdziwiony. Nagle szczerze się roześmiał.

– Jeśli ktoś znika na dzień w Królestwie Żebraków, to jego los jest przesądzony, a jeśli nie ma już go cztery lata…

Mężczyzna efektownie urwał wypowiedź. Dziewczyna zastanawiała się chwilę wiercąc go spojrzeniem.

– Czy opowiadał może o pożarze w posiadłości Genevieve? – zapytała w końcu.

– Nie mówcie mi, panie rycerzu, że uwierzyliście w te bajki Aarona o jego arystokratycznym pochodzeniu. – zakpił Janson.

– Po prostu odpowiedz. – chłodno odparła Elein coraz bardziej tracąc cierpliwość do tej rozmowy.

– Raz. Opowiedział o pożarze tylko raz. – rzekł stary mężczyzna drapiąc się po głowie. – Był wtedy kompletnie zalany. Nie pamiętam całej historii, ale bardzo dobrze zapadł mi w pamięć pewien dziwny fragment. Aaron twierdził, że jego domniemana rodzina wcale nie zginęła w pożarze tylko z rąk wielkiego czarnego demona.

– Czarnego demona? – zainteresowała się Elein przysuwając się bliżej. Jej wcześniejsze rozdrażnienie całkowicie pierzchło, pozostawiając na swoim miejscu jedynie czystą żądzę wiedzy.

– Brzmiało to jak brednie pijaka i w zasadzie wątpię, żebym to zapamiętał, gdyby nie sposób w jaki o tym opowiadał. Chodzi mi o emocje na twarzy, głos.. Jestem przekonany, że Aaron święcie wierzył w to co mówił. Biedaczyna zawsze był lekko szalony..

Janson urwał kiwając głową do swoich myśli. Jego twarz osowiała, zaś spojrzenie rozmazało się jednoznacznie wskazując wszystkim obecnym, że przebywa z nimi jedynie ciałem.

Elein skinęła głową i wyjęła sześć srebrników. Delikatnie szturchnęła staruszka i jak tylko się ocknął, wręczyła mu pięć monet. Następnie schyliła się do małego Edzia.

– Będziesz tak dobry i odprowadzisz mnie z powrotem? – rzekła podając mu ostatnią monetę.

– Jasne! – ucieszył się chłopczyk i ruszył radośnie przed siebie, a dziewczyna szybko udała się za nim. Dziadek gapił się w ciszy na srebrne monety na swojej dłoni. Nagle mocno je ścisnął i ruszył przed siebie ciężko opierając się na lasce.

– Poczekajcie! – zawołał w ślad oddalającej się Elein. Dziewczyna obróciła się i spojrzała na starego wyczekująco.

– Z jakiegoś powodu traktujecie poważnie brednie Aarona, dlatego równie dobrze mogę przekazać jeszcze jedną rzecz. Moim zdaniem bujda, ale skoro ktoś się już zainteresował.. Aaron twierdził, że Cecylia go wrobiła.

– W jaki sposób? – zapytała zaintrygowana Elein.

– Długo mi tu rozprawiał, jak przekupiła niemal każdego liczącego się mieszkańca tego cholernego miasta i właśnie dlatego nikt go nie rozpoznaje jako ostatniego dziedzica rodu Genevieve. Nie miało to zbyt wiele sensu, jak większość z tego co mówił. – odparł kiwając głową.

– Czy jest to w ogóle możliwe? – powiedziała retorycznie.

– Może i jest. – odpowiedział dziadek bez przekonania. – Nie każdego szlachcica kojarzy się z pyska. Zapamiętuje się tych najbardziej charakterystycznych. Na przykład tego pazernego trolla Cecylię. Dodajmy do tego, że Aaron nie miał więcej niż siedemnaście wiosen na karku, kiedy trafił na bruk.

– Nadal, ród Genevieve jest tu bardzo znany.. – zawahała się Elein.

– Ale był też bardzo liczny. – wtrącił dziadek. – A zresztą nie ma co gdybać..

– Znalazłem go! – usłyszeli nagle. Elein gwałtownie się obróciła w kierunku głosu. Jej oczom ukazała się grupa ponurych mężczyzn pośpiesznie zmierzająca w jej stronę.

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o