Rozdział 4 Wyścig z czasem – część 4

Pieśń grana w karczmie w trakcie opowieści skryby

Draugurinn – Andsetin

W karczmie panował spokój. Chociaż pora dnia była zdecydowanie obiadowa, okiennice były starannie zamknięte zaś samo pomieszczenie było oszczędnie oświetlone świecami ustawionymi na ladzie za którą powinien stać karczmarz. Kolejne świeczki znalazły się na stole, za którym siedziała grupa zmęczonych mężczyzn. Jeden z nich snuł długą opowieść nie stroniąc się w niej ani od żywych gestów, ani od częstowania się piwem. Pozostali słuchali w ciszy, kiwając w zamyśleniu głowami i popijając okazjonalnie swoje przemyślenia zawartością drewnianych kufli. Jedynym dźwiękiem, który sporadycznie zakłócał opowieść był stłumiony odgłos wydawany przez związanego i zakneblowanego karczmarza, leżącego na zapleczu. Jeden z biesiadników sięgnął po piwo, solidnie napił się i odstawił je ostrożnie na stół. Jego puste spojrzenie po raz kolejny padło na zwinięty dywan z którego wystawały stopy.

– I to już wszystko – powiedział Damian, kończąc streszczać ich dzisiejsze przejścia z Arturem.

– Dobrze, że Elwira jest bezpieczna – dodał Olaf z wyraźną ulgą na twarzy.

– Kurwa mać! – zaklął Greg, waląc pięścią o stół – mamy tutaj zwłoki Artura herbu Czapli, zakneblowanego karczmarza na zapleczu, a niedługo skończy się turniej rycerski i wrócą goście! Tłumnie!

– Ale przynajmniej piwo jest całkiem niezłe – powiedział Daniel, unosząc do góry kufel i ostentacyjnie upijając jego zawartość.

– Kurwa, chłopie! Czy to rozumiesz, w jakim głębokim łajnie właśnie siedzimy po uszy?! – krzyknął ze złością Greg.

– Rozumiem doskonale. Wiesz, niby pamiętam, że Orion cię trzasnął w czuprynę, ale jakoś szybko zapomniałeś, że to twoja zasługa – oburzył się Daniel.

– Że niby ja jestem winien? Kto normalny skacze na człowieka z mieczem, kiedy go widzi pierwszy raz w życiu! – rozjuszył się Greg, pokazując palcem na wysokiego rycerza.

– Człowiek, na którego poluje zabójca – odpowiedział złośliwie Orion. – Mała ciekawostka, wiesz może, jak ten zabójca wygląda? Nosi ogromny, ciężki, czarny pancerz!

– Zamknij wreszcie mordę, Greg! – urwał stalowym głosem Damian. – Kto uwierzy, że lokal jest zamknięty jak będziesz się darł, jak zarzynany kogut? No i bądź tak łaskaw, nie skacz do naszego szefa.

– On nie jest moim szefem! – wydusił wściekle Greg, wskazując na Oriona. – Igor, przemówże tym kretynom do rozumu, przecież lord Derek…

– Właszciwie to jesztem po sztronie bliśniaków – seplenił Igor, pocierając wciąż bolącą szczękę. Cios Artura kosztował go dwa przednie zęby, przez co ciężko mu szło rozmawianie. Chwilę wodził językiem po swoich uzębieniu szczególną uwagę poświęcając krwawiącym dziąsłom.

– Cieszę się, że ta szuja nie żyje! – dodał ze złością i splunął w kierunku ciała zawiniętego w dywan.

– Mówisz tak tylko dlatego, że dostałeś od niego po gębie! – nie odpuszczał Greg.

– Ty to mówisz? – parsknął Daniel. – Przecież ty też się boczysz na mistrza Oriona, bo ci ryja oklepał.

– Powtórz to raz jeszcze! – warknął Greg, sięgając ku rękojeści miecza. Nigdy nie zdążył go wyjąć, bo w tym momencie zwaliła mu się na tył głowy ciężka pięść Damiana. Pod mężczyzną ugięły się kolana i powoli osunął się na podłogę. Bracia bez słów podeszli do nieprzytomnego i zaczęli go sprawnie wiązać.

– Musiałeś? – zapytał z wyrzutem Igor.

– Tak – odparł zdecydowanie Damian, nie przerywając swojego zajęcia. – Wygląda mi na to, że wsypie nas staremu Derekowi jak nic.

– Nie możesz mieć takiej pewnoszci – seplenił niepewnie najemnik.

– Teraz to już stawiam wszystko co mam – wzruszył ramionami starszy bliźniak. – Igor, wiem że to twój stary kumpel, ale tym razem nawalił tyle łajna, że wylewa się z wychodka, a jeszcze ma czelność się stawiać.

– To dla jego własnego dobra – dodał Daniel, kneblując półprzytomnego Grega starą szmatą – przecież stary Derek wsadzi go do beczki pełnej gwoździ i sturla ze wzgórza. – Podniósł ze swoim bratem zamroczonego najemnika i ruszyli na zaplecze. Igor chwilę sączył w zamyśleniu piwo. Wreszcie odstawił je ze stukiem na blat, wstał od stołu i podniósł z podłogi dywan z ciałem Artura rodu Czapli. Stękając z wysiłku, udał się za bliźniakami na zaplecze.

– To było ciekawe – wtrącił Olaf po chwili.

– Mam tylko nadzieję, że nie będzie więcej takich niespodzianek, sytuacja jest już wystarczająco nieciekawa – załamał ręce mąż herbu Niedźwiedzia.

– A właśnie, Orionie – zaczął brodacz, patrząc na swoje palce – dziękuję, że pozwoliłeś mi walczyć z Arturem.

– Ja z kolei żałuję swojej decyzji. Nie spodziewałem się że go zabijesz. Naprawdę musiałeś? – odparł, postukując palcami o blat.

– Dobry był – westchnął Olaf – ale to nie było to. Chyba… naprawdę musiałem.

– Dlaczego? – zapytał rycerz, a brodacz w odpowiedzi wzruszył ramionami.

– Przez Elwirę? – drążył dalej, przyglądając się kompanowi. Tamten długo obserwował swoje dłonie.

– Tak – odparł wreszcie,nieco pewniej spoglądając na swojego towarzysza – ona się go bała, a ja zostawiłem ją tam samą… Teraz już jej nie skrzywdzi.

– W takim razie przemyśl to co teraz powiem – westchnął Orion, patrząc na mężczyznę spode łba. – Zgodnie z tym co mówili dzisiaj najemnicy, Elwira aktualnie znajduję się pod ochroną lorda Dereka, a ty zabiłeś jego syna. Z tego co usłyszeliśmy za tym stołem, lord Derek nie jest człowiekiem, który machnie na to ręką.

– Ale przecież ona nie jest winna tej sytuacji! – zaniepokoił się Olaf.

– Skierowała Artura prosto do nas, chociaż miała postąpić inaczej. Może to był przypadek. Może działanie zamierzone. Niezależnie od jej pobudek efekt końcowy jest fatalny. Źle to wygląda, druhu – odparł Orion, kładąc rękę na ramieniu Olafa, który mocno zbladł.

– Musimy ją ratować! – poderwał się do góry z dzikim błyskiem w oczach. W tym samym momencie usłyszeli dźwięk szarpanych drzwi do karczmy. Mężczyźni zastygli, spoglądając nerwowo na wejście. Drzwi trzeszczały i wychylały się, a po drugiej stronie dało się usłyszeć siarczyste przekleństwa skierowane głównie w stronę karczmarza. Po chwili, którą wydała się Orionowi wiecznością, hałasy ustały. Rycerz herbu Niedźwiedzia odetchnął z ulgą, a następnie rzucił kolejne surowe spojrzenie Olafowi.

– Chłopy, nie drzyjcie się tak, przecież udajemy, że zamknięte jest – kwaśno upomniał mężczyzn Damian, wyłaniając się razem z pozostałymi najemnikami z zaplecza.

– Co to miało być? – zapytał Orion, zakładając ręce na piersi.

Damian podrapał się zakłopotany w tył głowy.

– Miałem pewne podejrzenia – odparł wreszcie, wzruszając ramionami.

– Skoro miałeś, to czemu wcześniej kazałeś go cucić? Nie mogliśmy go od razu związać? – naciskał mąż herbu Niedźwiedzia.

– Chcieliśmy się upewnić – wzruszył ramionami Daniel. – Greg jest nieprzewidywalny, nie wiedzielibyśmy na pewno, jeśli nie dalibyśmy mu dojść do głosu.

– To co z nim zrobimy? – nie odpuszczał rycerz.

– Pomyślimy później – odparł od niechcenia Damian beztroskim głosem.

Zapadła cisza. Orion badał bliźniaków czujnym wzrokiem.

– Co z trupem? – zapytał po chwili.

– Leży w piwnicy, w najchłodniejszym miejscu – odparł Damian, pokazując głową w kierunku zaplecza.

– Tak na wszelki wypadek, bo przecież zwłoki arystokraty są zwłokami szlachetnymi i capić nie powinny – dodał Daniel, po czym bliźniaki buchnęli śmiechem. Orion tylko pokiwał głową, szczerze podziwiając opanowanie mężczyzn.

– Panowie, mamy problem – rzekł, wodząc po obecnych twardym spojrzeniem. – Nie możemy sobie tak po prostu zostawić karczmy. Wciąż czekamy na jednego kompana. Niestety jest szansa, że wróci dopiero wieczorem.

– To może jeden z nas by udawał karczmarza? – zaproponował Daniel.

– A jak wpadnie ktoś kto znał starego właściciela i zorientuje się, że coś jest nie tak? – odbił jego brat.

– Łysy prowadził karczmę sam, ale przez turniej, miał ostatnio sporo klientów – rzekł Orion, pocierając ręką gęstą szczecinę zarostu. – Klienci niestety kojarzą jego brzydką facjatę.

– Nie miał żadnej ochrony albo pracowników? – zapytał Daniel, zakładając ręce.

– Pracuje tu też kelnerka. Dzisiaj jeszcze jej nie było – powiedział Orion, spoglądając nerwowo na drzwi. – Niestety nie mamy gwarancji, że się tu za chwilę nie pojawi.

– Orion, nie ma czasu! Musimy ratować Elwirę! – wybuchnął Olaf, zrywając się z miejsca.

– Uspokój się! – powiedział twardo mąż herbu Niedźwiedzia. – Mamy sporo innych rzeczy na głowie poza Elwirą, a skoro już nawarzyłeś piwa i nie masz zamiaru go pić, bądź tak łaskaw i nie przeszkadzaj innym.

– Raczja – wyseplenił Igor, solidnie pociągając z kufla.

– Mamy czas – dodał Orion, widząc zdeterminowaną minę przyjaciela. – Będziemy go mieli tak długo, aż nie znajdą zwłok Artura. Z tego powodu musimy się postarać, żeby to się nie stało zbyt szybko.

– Mam pomysł – wtrącił Daniel – może powiemy, że osoba za ladą jest nowym ochroniarzem, myślicie że to przejdzie?

– Może – wzruszył ramionami mąż herbu Niedźwiedzia.

– Jeśli się nie uda, będziemy w pobliżu – dodał Damian.

– A tu jest kolejny problem – powiedział Orion, krzywiąc wargi. – Trzeba wyciągnąć Elwirę z rąk najemników lorda Dereka, a to wymaga pewnego nakładu sił.

– Eh kurwa, ciężkie te twoje ryzykowne zadania, mam tylko nadzieje, że nie bajasz z tym stabilnym zatrudnieniem – westchnął w odpowiedzi najemnik, po czym spojrzał na brata. – Zostań tu i udawaj nowego ochroniarza karczmarza, Igor będzie razem z tobą. Tak na wszelki wypadek. Jakby co to mów, że zastępujesz łysego bo jest chory.

– To bęzzie podejrzane – powiedział Igor, a widząc zdziwione miny bliźniaków dodał:

– Zawsze jesteście rażem.

– To może mistrz Orion by został, albo Olaf? – zapytał Daniel, patrząc na mężczyzn.

– Wykluczone! – warknął brodaty wojownik.

– Pomysł niegłupi chłopaki, ale boję się puszczać Olafa samego, bo jeszcze w przypływie emocji rozwali całe wasze przedsięwzięcie – wzruszył ramionami Orion, patrząc na bliźniaków – Mocno też wątpię, że byłbym w stanie go tu zatrzymam. Zwieje mi oknem czy też szparą pod drzwiami przy pierwszej możliwej okazji.

Olaf miał zamiar coś powiedzieć, ale ugryzł się w język. Cicho przyznał przed samym sobą, że zasłużył na ten brak zaufania. Bracia spojrzeli się na siebie, po czym Damian westchnął i zerknął na Igora.

– Poradzisz sobie sam?

– Dam radę – machnął ręką, uśmiechając się na siłę i prezentując tym samym świeże braki w uzębieniu. – Mam tu kumpla do przypilnowania, żeby nicz głupiego nie żrobił.

Na tym zakończyli dyskusję i wzięli się do sprzątania pomieszczenia. Przed ponownym otwarciem gospody raz jeszcze upewnili się, że nie zostało żadnych śladów krwi na podłodze, porozrzucanych fragmentów krzeseł i stołów, czy też innej wyraźnej wskazówki, która mogłaby naprowadzić kogoś bystrzejszego na tragiczne wydarzenie, które dzisiaj miały tu miejsce. Połamane krzesła i stoły zostały wyniesione na zaplecze, na którym o dziwo nawet było trochę mebli na zmianę. Łysy miał tam nawet nowy dywan na podłogę. Najwidoczniej krwawe bijatyki w pomieszczeniu nie były w jego gospodzie niczym nowym. Na sam koniec, najemnicy przenieśli związanego karczmarza do jego pokoju na górze, gdzie bez ceregieli rzucili go na pościelone łóżko. Następnie wyszli, zamykając drzwi na klucz.

Otworzyli knajpę o porzę obiadowej. Po krótkiej dyskusji ustalono, że gniadosz Oriona zostanie tymczasowo pożyczony bliźniakom, natomiast sam rycerz skorzysta z klaczy Elein. Po krótkim pożegnaniu się z Igorem, mężczyźni wskoczyli na konie i ruszyli w kierunku ratuszu. Igor szybko odprowadził ich wzrokiem, następnie nerwowo rozejrzał się i niezwłocznie wrócił do karczmy, gdzie stanął za ladą, zastępując zgodnie z planem, obezwładnionego karczmarza. Zrobił kilka głębokich wdechów i wydechów, usiłując nad sobą zapanować, ale nie przyniosło to pożądanego rezultatu. Brzydko zaklął, nalał sobie piwa i szybko osuszył kufel. Następnie zerknął wyczekująco na zamknięte drzwi gospody.

Pierwszy klient pojawił się dopiero za pół godziny. Był to mocno poobijany rycerz, który właśnie odpadł z turnieju. Zbrojny w milczeniu wgramolił się do karczmy i od razu ruszył na górę. Igor spojrzał mu w ślad, oblizując nerwowo wargi. Wreszcie zaczął wodzić wzrokiem to na drzwi, to na zaplecze. Na jego twarzy dało się odczytać niemal bolesne wahanie. Z wysiłkiem żuł dolną wargę, nie przestając nawet w momencie kiedy poczuł językiem krew. Wreszcie zaklął, obrócił się i pośpiesznie wszedł na zaplecze. Szybko minął worki ze zbożem i ziemniakami oraz kilka beczułek i skręcił w pomieszczenie po lewej stronie. Leżał tam Greg. Zdążył już w pełni dojść do siebie i teraz gapił się gniewnie prosto na najemnika, ze złością szamocząc się z pętami. Igor podszedł bliżej, skłonił się i po chwili wahania wyjął mu knebel z ust. Trzymał go jednak blisko, na wypadek gdyby jego przyjaciel postanowił zareagować krzykiem.

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o