Rozdział 4 Wyścig z czasem – część 10

– Prawie koniec – powiedział najemnik, pokazując na drabinę. – No to teraz najbardziej nieśmieszna część. Drabina prowadzi nas do wieżyczki obserwacyjnej połączonej z murami miasta. Na jej szczycie znajduje się ogromny jak maciora, taras widokowy. Niestety zazwyczaj pilnuje jej kurewska straż.

– Królewska straż, tak? – próbowała uściślić Elein.

– Zgadza się – potwierdził Damian. – Będziemy mieli szczęście, jeśli strażnik będzie tylko jeden. Trudność polega na tym, że musimy im skuć ryje jeśli chcemy tędy się wydostać. Niestety stawianie się kurewskim źle się kończy. Zgodnie z prawem, za atakowanie straży podczas wypełniania kurewskiego obowiązku, grozi śmierć.

Najemnik spojrzał na Oriona.

– Mam nadzieje, szefie, że masz sztamę z królem. Jestem przekonany, że Derek połączy kawałki układanki i podpierdoli nas gdzie trzeba i komu trzeba.

– O to możesz być spokojny – odpowiedział zdecydowanie mężczyzna,  uśmiechając się krzywo. Zaskoczona Elein przyjrzała się Orionowi badawczo. Ten zauważył to spojrzenie i natychmiast pożałował, że nie ugryzł się w język.

– Tylko że nie mamy jak zejść z wieży – rzekł szybko, usiłując odciągnąć uwagę od swoich poprzednich słów.

– Mamy szefie – odparł Damian z uśmiechem, poklepując się po barku, na którym spoczywał nawinięty sznur. – Mam na tę okazję cudo linę, którą to wyjąłem wcześniej z juków.

– Jesteś całkiem nieźle przygotowany – pochwaliła mężczyznę dziewczyna. – Nie myślałam, że miałeś to tak dobrze zaplanowane.

– Nie miałem – przyznał szczerze najemnik – ale dobra lina zawsze się przyda.

Nie mogli się nie zgodzić, więc patrzyli się w milczeniu jak Damian ostrożnie wspina się po drabinie. Najemnik w skupieniu ruszał rękami i nogami rzucając niespokojne spojrzenia na niknące w ciemnościach podłożę. Wreszcie zatrzymał się, dotknął drewnianej klapy i delikatnie ją uniósł. Spodziewał się oporu, ale klapa bez problemu ruszyła do góry. Spróbował ją unieść do samego końca i ku jego zdziwieniu to również się udało. Ostrożnie wsunął głowę przez właz i zmrużył oczy, usiłując ochronić wzrok przed oślepiającym światłem. Źródłem światła okazały się być proste pochodnie umieszczone na ścianach w pedantycznie równych odstępach. Damian wczołgał się do pomieszczenia i przytrzymał ręką otwartą na oścież klapę. Drabina z której wyłonił się chwilę temu znajdowała się tuż za schodami prowadzącymi na szczyt wieży. Ostrożnie wychylił się i zobaczył zamknięte drzwi wejściowe. Na szczęście nie znalazł żadnych śladów potencjalnych kłopotów, więc schylił się do włazu i pomachał pozostałym członkom swojej drużyny.

Kiedy wszyscy już byli na górze, Damian zamknął klapę i ruszył pierwszy w stronę schodów, dając znać na migi reszcie, żeby trzymali się tuż za nim. Trójka uciekinierów ostrożnie przemierzała schody starając się nie wydawać ani jednego dźwięku. Szli powoli, czujnie wypatrując strażników. Damian zacisnął rękojeść broni oblizując nerwowo wargi i spojrzał ostrożnie w górę, nie przerywając powolnego marszu. Kilka razy zatrzymał się w miejscu czujnie nasłuchując, ale po chwili wznawiał wędrówkę. Te wymuszone postoje najbardziej ciążyły Elein, która za każdym razem wyraźnie się tym niecierpliwiła i zakłócała ciszę albo zbyt mocnym tupnięciem stopy, albo pełnym napięcia westchnieniem. Nie pomagały jej w tym oburzone spojrzenia jej kompanów, na które mogła tylko raz za razem unosić przepraszająco ramiona. Mimo to ciągle nie działo się nic złego. Schody nadal pozostawały puste.

Tuż przed wejściem na taras widokowy, Damian ostrożnie wyjrzał ze schodów. Ku jego zdziwieniu nie zastał tam nikogo. Zachmurzył czoło,  pogrążając się na krótko w ponurych, podejrzliwych myślach. Szybko otrząsnął się i skwapliwie ruszył do przodu. Już po chwili ostrożnie wiązał linę, a jego kompani czujnie wypatrywali strażników na schodach.

Pierwszy zszedł Damian, następnie Elein a na samym końcu Orion.

Najemnik patrzył zmartwionym spojrzeniem na szczyt wieży.

– Coś kurwa za łatwo poszło –  powiedział nieufnie.

Orion spojrzał czujnie na górę. Jego umysł szybko analizował dzisiejsze wydarzenia, bezbłędnie układając je w uporządkowany ciąg. Najpierw tajemniczy starzec, który skierował Elein we właściwe miejsce, a teraz brak straży tam, gdzie absolutnie być powinna. Wszystko wskazywało na to, że król obserwował jego poczynania wnikliwiej, niż mu się wydawało. Rycerz uśmiechnął się krzywo. Czy naprawdę był aż tak ważny?

Damian poprowadził drużynę do gospodarstwa Lu. Był to ogromny teren otoczony wysokim drewnianym płotem. Blisko ogrodzenia znajdowała się spora posiadłość, a tuż za nią ogromny ośrodek w którym stary Lu hodował rasowe konie. Ośrodek składał się z ogromnej stajni, dwóch ogrodzonych terenów jeździeckich, trzech ogromnych pastwisk oraz czterech stodół pełnych pasz, siana i zboża. Stadnina Lu cieszyła się dobrą sławą, dlatego nie rzadko widywało się u niego przedstawicieli arystokracji z najróżniejszych zakątków Starej Brytonii. Wymuszało to na Lu szczególne troskę o kwestię bezpieczeństwa, dlatego miał zatrudnione na stałe kilkunastu najemników, którzy razem z psami pilnowali terenu.

Na progu posiadłości powitał ich rozradowany Daniel, który uścisnął najpierw brata, a potem Oriona. Próbował nawet przytulić Elein, ale dziewczyna stanowczo odsunęła go od siebie.

– Gdzie Igor? – zapytał prostodusznie mężczyzna. Orionowi do gardła podsunęła się lodowata kula. Zamknął oczy, zaciskając mocno szczęki i pięści.

– Później pogadamy – ominął temat jego brat. Wszyscy skwapliwie przekroczyli próg domu i weszli do dużego salonu, gdzie uraczył ich sam Lu. Stary mężczyzna był bardzo chudy, a jego pomarszczona skóra wyglądała jak wymięta sucha tkanina. Siedział przykryty kocem na drewnianym, bujanym fotelu mrużąc oczy z głową odwróconą w kierunku przybyszy. Chwilę gapił się na nich, nerwowo głaszcząc siwego, rzadkiego wąsa. Wreszcie otworzył usta.

– Ile jeszcze będziecie mi siedzieć na głowie? – zapytał skrzypiącym głosem, z którego biła irytacja.

Damian spojrzał na Oriona pytająco.

– Zbieramy się natychmiast – odparł tamten. – Nie mamy czasu do stracenia.

– Świetnie! – nie krył ulgi wysuszony starzec. – Moja żonka nie czuje się najlepiej w otoczeniu najemników starego Dereka.

– Skoro już wspomniałeś, to gdzie ta twoja lepsza połówka – zapytał Damian, akcentując jadowicie każde słowo. – Gdzie Muriel?

– Śpi – odburknął Lu.

– Szkoda.Tak bardzo tęskniłem za jej biadoleniem.

Starzec rzucił gniewne spojrzenie Damianowi, ale nie odważył się powiedzieć tego, co miał na myśli.

– Rozumiem, że od dzisiaj jesteśmy kwita? – powiedział wreszcie.

– Dobrze rozumiesz. – przytaknął najemnik, po czym zwrócił się do brata. – Rozumiem, że dogadałeś się już z Lu i da nam jednego konia?

Młodszy brat skinął głową, a starzec skrzywił się, czując fizyczny ból na samą myśl o rozstaniu się za darmo ze swoją własnością.

– Dla swojego dobra oraz dobra tego aniołka Muriel, lepiej nie rozpowiadaj, że mi pomogłeś – dodał Damian ponownie zwracając się do Lu. – Najlepiej w ogóle nie gadaj na mój temat.

– Nikomu ani słowa – skłamał starzec, kiwając z zapałem głową.

– Źle zrozumiałeś – wtrącił Daniel. – Nam gadaniem wstydu nie narobisz, więc tylko sam znajdziesz się po uszy w gównie.

– To komu wyście podpadli?! – warknął nerwowo stary Lu. W odpowiedzi najemnicy wzruszyli tylko ramionami.

– Chodźmy szykować konie – powiedział Daniel, po czym obrócił się i ruszył w głąb domu, zupełnie ignorując starca. Reszta poszła za jego przykładem.

Przygotowywanie wierzchowców do podróży poszło bardzo sprawnie, głównie dlatego, że nie było już zbyt wiele do roboty. Już wcześniej konie były dobrze przygotowane, a później dodatkowo zajął się nimi Daniel, usiłując tym samym zabić czas i przegonić niespokojne myśli. Wyjechali późno w nocy. Na progu swojej posiadłości stał Lu i patrzył spode łba na odjeżdżającą grupę. Poczuł ulgę dopiero, kiedy zupełnie rozpłynęli się w nocy.

Towarzystwo jechało spokojnie. Niebo było pochmurne, ale na szczęście sierp księżyca ciągle pozostawał widoczny, co znacząco ułatwiało nocną podróż. Mijali mury miasta, kiedy Orion tknięty przeczuciem spojrzał w kierunku wieży obserwacyjnej, przez którą wydostali się wcześniej poza miasto. Na jej szczycie w blasku pochodni majaczyła ciemna postać. Stała w nienaturalnym bezruchu, trzymając w prawej ręce ogromny miecz, a w lewej dużą, czarną tarczę. Orion poczuł na plecach przenikliwe zimno. Łapał powietrze niczym tonący w ostatnim wysiłku. Nie mógł oderwać wzroku od upiornej postaci na szczycie wieży, która powoli obracała się w jego kierunku.

Pieśń grana w karczmie pod koniec opowieści skryby

Miracle of Sound – Forever Flame

Zjawa bez strachu przeskoczyła krawędź lecąc na spotkanie ze śmiercią tak pewną jak ubita ziemia pod murami Genevieve. Orion zdążył jeszcze zauważyć jej poszarpany, czarny płaszcz trzepoczący niczym skrzydła w podmuchach nocnego powietrza. Mężczyzna ciężko przełknął ślinę.

– Przyspieszamy! – krzyknął z paniką w głosie do towarzyszy. – Pędźcie jakby sama Moriana was goniła!

KONIEC CZWARTEGO ROZDZIAŁU

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o