Rozdział 7 Mój dom, moja twierdza – część 5

Pieśń grana w karczmie w trakcie opowieści skryby

In Extremo – Herr Mannelig

Blisko południa drużyna wyruszyła z powrotem na szlak. Zadowolona Elein jechała na czele. Nowy miecz bardzo jej leżał. Oczywiście był zauważalnie gorszy od jej poprzedniego, ale musiała przyznać, że bliźniacy mieli dobre oko do broni.

Po kilku godzinach podróży towarzystwo wjechało na Ziemie Marchijskie. Orion znał z grubsza położenie zamku, ale mimo to często się upewniał, pytając okolicznych mieszkańców.

Wieczorem ujrzeli wreszcie zamek. Znajdował się na wzgórzu i był otoczony dużym murem. Tuż przed ogromną metalową bramą był wykopany szeroki rów wypełniony wodą, przez który prowadził wąski, zwodzony mostek. Damian gwizdnął i spojrzał z uznaniem na Oriona.

Podróżnicy wjechali gęsiego na mostek. Zdążyli dojechać do połowy, kiedy zatrzymał ich głos z góry.

– Stać! Kto jedzie?

– Orion herbu Niedźwiedź i jego towarzysze!

– Orion? To ty?

– Tak, Nevin, a teraz przestań się wygłupiać i nas wpuść!

– Otwierać bramę! To swoi! – krzyknął wartownik. – Witamy z powrotem paniczu Orionie!

Członkowie drużyny wjechali pojedynczo przez bramę. Szybko przekazali wierzchowce służbie. Znajdowali się w ładnym, wewnętrznym ogrodzie, pełnym drzew i wiosennych kwiatów.

Elein kucnęła przy wyjątkowo pięknym skupisku przebiśniegów i uśmiechnęła się. Orion przywitał się krótko ze strażnikami, po czym podszedł do dziewczyny:

– Lubisz kwiaty?

– Nie wszystkie – odpowiedziała, patrząc z fascynacją na białe płatki. – Te są bardzo ładne.

– Dzieło rąk Priscilli.

– Kogo? – zapytała, odwracając wzrok na Oriona.

– Mojej matki. Zobaczysz, za kilka miesięcy ten ogród będzie wyglądał już zupełnie inaczej.

W sypialni zamkowej tuż przy oknie stał młody mężczyzna i czujnie obserwował przybyszów. W momencie, w którym jego spojrzenie padło na Oriona, zacisnął wściekle pięści, szybko obrócił się na pięcie i wybiegł z pokoju.

W tym samym czasie Orion wraz z towarzyszami powoli zmierzali ścieżką przez ogród do głównego wejścia zamku. Z lewej strony znajdowało się południowe skrzydło. Mieszkali tam służący, którzy łącznie nie zajmowali nawet jednej trzeciej wszystkich dostępnych pomieszczeń. Do wschodniego muru tuliła się spora stajnia. Oprócz koni trzymano tam też kury, kozy i inne zwierzęta hodowlane.

Na prawo od ogrodu znajdował się duży, kamienny plac. Był wykorzystywany do ćwiczeń przez nieliczną straż rodu Niedźwiedzia. Za nim stało północne skrzydło zamku, które pełniło funkcję koszar. Północne skrzydło, jako jedyne z pozostałych fragmentów zamku, nie wystawało ponad potężne mury tylko zgrabnie się w nie komponowało. Płaskie zadaszenie pełniło funkcję podłoża dla górnej części murów. Dzięki takiemu zabiegowi architektonicznemu, dla kogoś z zewnątrz mur północny wydawał się być wyjątkowo potężny i zasadniczo nie do spenetrowania. Było to bardzo ważne, gdyż właśnie ta część zamku, ze względu na jego położenie była najbardziej narażona na ataki.

Towarzystwo zatrzymało się przy wejściu do głównego budynku zamku znajdującego się pod zachodnim murem. Orion mocno pociągnął za rączki ciężkich, żelaznych drzwi. Otworzyły się ze skrzypem. Rycerz wszedł do środka. Zdążył zrobić kilka kroków zanim dostał mocnym prostym pod oko.

Zachwiał się na nogach.

Kątem oka zauważył zbliżającą się pięść. Usiłował podnieść gardę, ale wiedział, że nie zdąży. W ostatniej chwili rękę przechwyciła Elein, a następnie wykręciła ją pod dziwnym kątem i rzuciła napastnika na podłogę, mocno przygniatając go całym swoim ciężarem. Orion, który dopiero ocknął się po całej sytuacji, przyjrzał się ze złością rozciągniętemu na podłodze oprawcy. Zrzedła mu mina:

– Elein puść go.

Wojowniczka niechętnie poluzowała chwyt i wstała. Patrzyła się z góry na jęczącego napastnika, który ostrożnie usiadł. Cholernie ją korciło, żeby znowu posłać go na kamienną podłogę.

– Lancelot, pogrzało cię – powiedział z wyrzutem Orion, zasłaniając dłonią podbite oko. Panna Wilhelm rozejrzała się zaskoczona, ale nie zobaczyła nikogo innego. Ze zgrozą zerknęła na klęczącego blondyna masującego nadgarstek. Lanc wstał i zmierzył ją ciężkim wzrokiem od stóp do głowy. Elein zaczerwieniła się. Spuściła głowę, żałując że nie umie stać się niewidzialna.

– Lancelot ? – podekscytowali się bliźniacy rozglądając z każdej strony niepozornego mężczyznę przed nimi. Lancelot przepchnął się przez braci i ruszył ze złością w stronę Oriona. Nagle stanął jak wryty. Z przerażeniem studiował poobijaną twarz swojego przyjaciela.

– Ale mnie poniosło – wybełkotał. – Wybacz druhu… To znaczy, należało ci się, ale nie sądziłem, że mam aż tyle krzepy…

– Orion! – usłyszeli nagle radosny głos. Przed towarzystwem pojawił się mężczyzna o bardzo podobnych do rycerza rysach.

– Romuald! – ucieszył się tamten, ruszając mu na spotkanie. – Dobrze cię znowu widzieć!

Romuald skrzywił się, widząc obitą twarz mężczyzny i zwrócił się do blondyna:

– Lanc, co to ma znaczyć?! Do reszty ci odbiło?

– Nie wiem jak to się stało – tłumaczył się Lancelot. – Uderzyłem tylko raz! Nie myślałem, że mam tyle siły…

– Spokój! – zagrzmiał Orion, stając w rozkroku i kładąc ręce na bokach. – Nie pochlebiaj sobie! – rzucił w stronę Lancelota. – Jeszcze nie nadszedł dzień, w którym byłbyś mnie w stanie, aż tak urządzić. Wątpię, by kiedykolwiek nadszedł.

Blondyn w odpowiedzi zamrugał oczami z zakłopotaną miną.

– Romuald, naprawdę myślałeś, że to był Lanc? – Orion roześmiał się, ale śmiech szybko zamienił się w bolesne pojękiwania.

– Co ci się do cholery stało? – zapytał Lancelot.

– Zbłąkana tarcza.

– Że jak?

– Powiedz mi lepiej, czym zasłużyłem na powitalne manto?

– Poważnie? Mam ci wytłumaczyć?! – uniósł się blondyn, zaciskając niebezpiecznie pięści.

– Sam jesteś sobie winien – wtrącił Romuald. – Mówiłem ci przecież: kiedyś wszystko wypłynie. Ten dzień nadszedł wczoraj, kiedy przyjechał twój przyjaciel Olaf.

– Wsypał mnie – westchnął Orion.

– I to w jakim stylu – potwierdził jego brat.

– Niczego nie żałuję – doniósł się głos z ciemnego korytarza, a po chwili wyłonił się z niego Olaf we własnej osobie. – Nie godzi się, mości Orionie, przed tak serdecznym przyjacielem tajemnic trzymać. Lanc pragnie dla ciebie tylko dobra, dlatego wziąłem na siebie obowiązek zwerbowania go w nasze szeregi.

– W nasze? A któż ci nakłamał, że będziesz podróżować razem z nami? – spytała Elein, mrużąc niebezpiecznie oczy. Dziewczyna zdążyła już zrozumieć, że za jej niefortunną sytuację z Lancelotem odpowiadał nikt inny tylko Olaf. Ciągle nie wybaczyła brodaczowi jego poprzedniego wybryku, a dzisiejsza sytuacja była ostatnią cegiełką. Już by przeszła do rękoczynów, gdyby nie obecność Lancelota.

Orion głośno klasnął w dłonie, zwracając na siebie uwagę. Uśmiechnął się wymuszenie do zebranych, przez co jego twarz nabrała iście upiornego wyrazu:

– Zapomniałem was przedstawić. To jest Elein Wilhelm, moja serdeczna przyjaciółka.

Dziewczyna skinęła głową, czując się w dziwny sposób dotknięta tym określeniem.

– To jest Damian, a to Daniel – dodał Orion, pokazując na bliźniaków. – Najemnicy i świetni kompani. Czasem tylko trochę nieokrzesani.

– Sam jesteś krzesany – odgryzł się Daniel urażonym tonem.

– Szefowi chodziło o to, że lubimy “trzy P”: pokląć, pochlać i pohulać – wytłumaczył bratu Damian.

– A to w porządku… – uspokoił się bliźniak.

– Już pewnie zorientowaliście się, ale to jest mój brat, Romuald, a to mój przyjaciel Lancelot herbu Wrona. – Orion pokazał po kolei na mężczyzn. Dwóch najemników odchrząknęło, zwracając na siebie uwagę.

– Chcieliśmy tylko powiedzieć… – zaczął Damian.

– Ja i mój brat… – dodał Daniel.

– Móc poznać mistrza Lancelota herbu Wrona, to jest absolutny ogień! – rzekł Damian, podchodząc do blondyna i ściskając mu krzepko dłoń.

– To jest jak lot na Regnarze, chędożonym smoku! – zawtórował Daniel, odpychając brata i również ściskając rękę mężczyźnie. – Mogę mówić, że cię znam? Panienki będą moczyć bieliznę na samą myśl o tobie, a ja skorzystam…

Blondyn stał osłupiały i milcząco ściskał dłoń najemnika. W tej chwili głośno przemówił Romuald:

– Skoro już się zapoznaliśmy to może nie stójmy w wejściu, tylko chodźmy do pokoju gościnnego? – zaproponował, a wszyscy skwapliwie się zgodzili. Ruszyli długim korytarzem. Z przodu szedł Romuald i Orion, za nimi przejęci bliźniacy, którzy gorączkowo coś do siebie szeptali, następnie Olaf i Lancelot, a na końcu wciąż wściekła Elein. Próbowała przydybać brodacza w pojedynkę, ale ten był sprytniejszy i ciągle trzymał się bardzo blisko mistrza turnieju w Wintonian. Orion i Romuald w międzyczasie po cichu rozmawiali:

– Czemu jesteś taki poobijany?

– Później opowiem. Jak matka?

– Jak zwykle – wzruszył ramionami Romuald.

– A Drest?

– Gorzej – odrzekł lakonicznie mężczyzna. W tym momencie skręcili korytarzem w prawo. Ich oczom okazał się ogromny pokój bankietowy. Na ścianach pokoju wisiały różne trofea zdobyte przez Dresta w trakcie jego udziału w kampaniach wojennych. Były tam miecze, tarcze, włócznie, topory, rzadkie pancerze oraz rzecz na widok której bliźniacy i Elein głośno wciągnęli powietrze. Przed nimi wisiała ogromna skóra wilkołaka.

– Skąd wy to… – wykrztusiła zszokowana dziewczyna.

– To wszystko nasz dziadek – uśmiechnął się Romuald mile zaskoczony szczerą reakcją. – Zdobył to podczas straszliwej wojny Północnej.

– Swoją drogą ciekawa nazwa jak na wojnę, która odbywała się i na południu i na północy – żachnął się Lancelot.

– Zawsze się o to rzucasz – skrzywił się Orion. – Już ci tłumaczyłem przecież, że nazwa pochodzi od początkowego okresu wojny, czyli batalii z Irią.

– Zaś później dołączyła Desercja. Południowe imperium. Południowe! Rozumiesz? – zdenerwował się Lanc.

– No dobra jak zwał tak zwał.

– Tak łatwo odpuszczasz? – zdziwił się zwycięzca turnieju.

– A co mi tam – odparł Orion ze złośliwym uśmieszkiem. – Nawet tobie czasem coś się należy od życia.

– Orionie, jesteś niemiły – zbulwersowała się Elein, próbując przy okazji złagodzić swój wizerunek.

– Nie przejmuj się – machnął ręką Lanc. – Ten prymityw tak okazuje życzliwość.

– A ty wisisz mi pieniądze – odbił Orion i teatralnie uniósł jedną brew.

– Oddałem już Romualdowi!

– Nic o tym nie słyszałem.

Lancelot spojrzał zagubiony na Romualda, który przewrócił oczami:

– Pisałem mu o tym. Droczy się, jak zwykle.

– No i zepsułeś całą zabawę – westchnął Orion.

– I rychło w czas, bo gadaniem nikt jeszcze się nie najadł. Zapraszam do stołu – powiedział Romuald, wskazując ogromny, dębowy stół, który miał długość prawie całego pomieszczenia.

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o