Rozdział 8 Mały Szermierz – część 1

Pieśń grana w karczmie w trakcie opowieści skryby

ICO – Castle in the Mist

Drest obudził się jak zwykle bardzo wcześnie. Osowiale wstał z łóżka i zaczął swój poranny rytuał. Najpierw starannie rozgrzał plecy, potem barki, ręce oraz prawą nogę. Dalej czekało go trudniejsze zadanie. Powoli usiadł i zaczął rękami zginać lewą nogę, postękując z bólu. Kiedy już skończył, odetchnął chwilę z ulgą i wytarł z czoła pot. Najgorsze było już za nim, została tylko jeszcze stopa. Pluł sobie w brodę, że ostatnio zaniedbał tego porannego rytuału. W konsekwencji już po miesiącu lewa noga znacznie gorzej współpracowała, słabo się uginała i kiepsko przenosiła obciążenie. Miał nadzieję, że uda mu się to szybko odwrócić.

Kilka miesięcy temu dostał od Roba dziwną metalową konstrukcję. Zgodnie ze słowami mistrza miał zakładać ją codziennie na lewą nogę, dzięki czemu uszkodzony staw powinien się lepiej goić. Oczywiście nie wierzył w takie fanaberie. Niejedno już na świecie zobaczył, ale nigdy nie widział, żeby kawał żelastwa był w stanie wyleczyć roztrzaskane kolano. Okazjonalnie nad nim niczym cień śmierci pojawiał się Romuald, który znowu i znowu monotonnie tłumaczył, używając wielu trudnych słów, w jaki sposób to cholerne ustrojstwo miało pomóc. Kończyło się to zawsze w ten sam sposób. Przeganiał swojego wnuka, nie stroniąc się przy tym od pomstowań.

– Jeszcze nie nadszedł ten dzień, kiedy młody gówniarz będzie mi kazał co robić, a czego nie! – oznajmił pustym ścianom.

Drest był w trakcie robienia pompek, kiedy usłyszał delikatne pukanie:

– Wchodź, żołnierzu! – wycedził. – Koszary są miejscem dla wszystkich, nie ma sensu czekać na pozwolenie.

– Tak jest.

Głos przybysza był bardzo znajomy. Drest natychmiast przerwał ćwiczenia i spojrzał na niego lewym okiem.

– Orion! – ucieszył się, wstając z podłogi. Podszedł do wnuka i mocno go uściskał:

– Dobrze Cię widzieć. – Drest uśmiechnął się, ale szybko zmarkotniał, widząc liczne siniaki na twarzy młodego mężczyzny. – Z kim już zdążyłeś się pobić?

– Z Lancelotem.

– Bzdury. Lancelot nie byłby w stanie zrobić ci coś takiego.

– Siniaki są przez misję królewską. Chciałbym powiedzieć więcej, ale to tajemnica państwowa – przyznał młodzieniec.

– Misja królewska… – powtórzył z szacunkiem starzec. Był niezwykle dumny ze swojego wnuka. Zdobycie włości i tytułu w tak młodym wieku było osiągnięciem nadzwyczajnym. Dzięki Orionowi stary wojownik mógł wreszcie przestać zamartwiać się losem rodu Niedźwiedzia. Paradoksalnie odcisnęło to na nim negatywne piętno. Przez pierwsze miesiące pobytu na Ziemiach Marchijskich Drest zupełnie stracił cechujący go od wielu lat zapał. Na krótki moment przekazał nawet prowadzenie treningów militarnych świeżo upieczonemu komendantowi. To tylko pogorszyło jego stan. Zrobił się bardzo opryskliwy i przestał o siebie dbać. Z dnia na dzień czuł się coraz gorzej. Na szczęście wreszcie poszedł po rozum do głowy i postanowił wrócić do starych zwyczajów. Na początek, ponownie zamieszkał w wojskowych koszarach. To miejsce zawsze kojarzyło się mu z młodością i jego latami świetności. Pomysł okazał się bardzo trafiony. Wkrótce, znowu poczuł motywację i wolę życia.

– Cholernie długo cię nie było! – warknął starzec, uśmiechając się kącikami ust.

Orionowi zrzedła mina. Wiedział, że za chwilę zostanie uderzony falą wyrzutów.

– Czy nasz najjaśniejszy król zapomniał, że masz rodzinę?

– Zapytam go przy najbliższej okazji.

– Tak zrób – zgodził się szorstko Drest. – Przypomnij mu łaskawie, że za czasów Arii Chrobrej takie rzeczy były nie do pomyślenia.

– Ale za czasów Henryka Krnąbrnego już tak – zażartował Orion, ale już pierwszy rzut oka na wykrzywioną od gniewu twarz dziadka, utwierdził go w przekonaniu, że popełnił ogromny błąd.

– Nawet nie wspominaj przy mnie o tej pokrace! Ścierwo bez honoru! Jedyne, co umiał, to prowadzić politykę terroru! Wszystkie jego osiągnięcia militarne bazowały na reformach wojska szlachetnej Arii!

– Dziadku, musisz uważać na swoje słowa. Był królem zaledwie trzydzieści lat temu. Za wcześnie na otwartą krytykę. Jego polityka ciągle ma swoich zwolenników…

– Chędożyć zwolenników! – krzyknął ze złością starzec. – Pamiętam jego rządy doskonale! Czystki! Niekończące się czystki! W wojsku. Wśród wielmoży. Nawet w jego rodzinie! Po oskarżeniach, jakie padły w stronę jego siostry, Fiony, to cud, że Artur Trzeci i jego brat to przeżyli! Powiadam ci, Krnąbrny to niewłaściwy przydomek dla tego sadysty. Henryk Szalony! Tak ja go nazywam!

– Nie jestem sympatykiem jego polityki. – Orion gorączkowo szukał właściwych słów. – Jedynie twierdzę, że trzeba uważać, co się mówi publicznie.

– W cztery oczy mówię, że jedyną dobrą rzeczą, którą ten szaleniec uczynił to była ekspedycja do Moriapolis, gdzie też i sczezł! Za to byłbym gotów ucałować stopy samej Morianie!

– To już przegięcie. – Orion zmarszczył brwi. – Moriana jest uznawana za zbrodniarza wszech czasów! Sama liczba jej ofiar…

– Chłopcze, ty nadal niczego nie rozumiesz o tym świecie. – Drest pokiwał głową. – Historię piszą zwycięzcy! Naprawdę myślisz, że Moriana dokonała więcej złych czynów niż Henryk Pierdolnięty? Jeśli tak mam dla ciebie małe ćwiczenie. Spróbuj porównać liczbę rzekomych ofiar Moriany z liczbą zabitych podczas krwawej krucjaty przeciwko kultowi Terra, którą to wszczął Edward Bogobójca!

– Nie wiem, co o tym myśleć. – Orion spojrzał nieufnie na starego mężczyznę. – Proponuje zmienić temat.

– Cały Orek – westchnął Drest. – Ciągle wykręcasz się od niewygodnych tematów.

– Cały Drest. Nie widział wnuka przez rok, a pierwsze co robi to wykład z historii i mądrości życiowych – przedrzeźniał młody rycerz.

Stary mężczyzna skrzywił się, słysząc jakże trafną uwagę:

– Musisz zrozumieć, jak działa ten świat – tłumaczył z naciskiem. – Musisz. Kiedy byłem w twoim wieku, nie rozumiałem. Do cholery, nawet dziesięć lat później, przewodząc oddziałowi armii królewskiej Henryka Krnąbrnego, wciąż nie rozumiałem. Dałem się wrobić w krucjatę szalonego monarchy… Brytońska armia nigdy nie była święta, ale to, co kazał chłopakom wyprawiać rąbnięty Henryk… – Drest zacisnął zęby.

Orion poczuł kłujące, niezdrowe zainteresowanie. Dziadek chętnie wspominał o kampaniach wojennych Arii Chrobrej bądź Artura Trzeciego, ale skrajnie rzadko opowiadał o czasach spędzonych w wojsku króla Henryka. Kilka lat wcześniej wraz z Romualdem próbowali wypytać o tamte czasy. Kierowała nimi niezdrowa ciekawość, gdyż opowieści militarne starego Dresta były wyjątkowo zajmujące. Tym razem dziadek szybko ich zbył, a przez kolejne kilka dni był podejrzanie milczący.

– Wiesz, jak nazywają nasi sąsiedzi Dziesięcioletnią Wojnę? – zapytał nagle starzec, spoglądając czujnie na wnuka. – Wojna Nieprawa.

– Wojna Nieprawa? Z imperium Desercji?– wzburzył się Orion. – Przecież ich oddziały wilkołaków zrobiły istną rzeź na terenach hrabstwa Windhill! Dziadku, sam tam byłeś. Sam z nimi walczyłeś. Wiesz, do czego są zdolni!

– Wiem. Ale wiem także, że wojownicy Desercji mają swój honor i potrafią dotrzymywać obietnic. Aria Chrobra podpisała z imperatorem Ochirem traktat, na mocy którego obiecaliśmy dziesięć lat nieagresji i górną część hrabstwa Windhill. W zamian dostaliśmy rozejm w bardzo wygodnym dla Brytonii momencie. Imperator dotrzymał swojego słowa.

– Przecież to był szantaż! – żachnął się rycerz. – Nawet nie mam za złe Henrykowi Krnąbrnemu, że naruszył taki traktat!

– A powinieneś! Prawdziwy mężczyzna szanuje obietnice swoje i swoich przodków! Naruszając traktat, udowodniliśmy wszystkim po raz kolejny, że Brytonia jest nie tylko agresorem, ale i nie ma za krzty honoru!

– Nie tylko Brytonia łamała swoje obietnice.

– Nie tylko – zgodził się Drest. – Ale nazwa tej wojny nie pochodzi wyłącznie od złamania traktatu. Chodziło przede wszystkim o metodykę armii królewskiej. O sposób działania.

– Cóż takiego robiło nasze wojsko, czego nie zrobili wcześniej oddziały wilkołaków? – zapytał Orion z zadziornym błyskiem w oku. – Deserckie Kundle mają na sumieniu rozszarpywanie chłopów na kawałki, brutalne gwałty, mordowanie dzieci, a to wszystko zwieńczone paleniem i plądrowaniem miast!

– Chłopi to grupa społeczna znajdująca się pod najcięższym butem. W każdej wojnie zbierają swoje krwawe żniwa. W każdej. Wilkołaki tutaj nie są żadnym wyjątkiem. Przez piętnaście ciężkich lat byłem chłopem i dopiero kiedy odrzuciłem pług i ująłem w dłoni miecz, poczułem, że żyję!

– Dziadku, znowu zbaczasz z tematu…

– Prawda. W takim razie wróćmy do twojego pytania. Cóż takiego zrobiła armia Brytońska? Rzeź! – Oczy Dresta lśniły jak w gorączce. Orion czuł się bardzo nieswojo. Nie był pewien czy chcę poznać całą prawdę, ale nie było już odwrotu.

– Osądzasz wilkołaków? – zapytał stary wojownik. – Myśmy robili to samo. Nie szczędziło się ani kobiet, ani dzieci. Takie były rozkazy. Mieliśmy takim działaniem zabić ducha przeciwnika.

Orion chciał coś powiedzieć, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Przyglądał się swojemu kochanemu dziadkowi, usiłując pogodzić swoje odczucia z brutalną prawdą. Nie mógł uwierzyć, że jego staruszek był w stanie robić takie rzeczy. Po prostu nie mógł.

– Muszę się do czegoś przyznać Orionie – zawahał się Drest. – Uchylałem się od obowiązków dowódcy. Oddział, któremu przewodziłem, puszczał cywili wolno. Miałem gdzieś czy ktoś z moich chłopaków na mnie doniesie. Po prostu nie mogłem wykonywać tak chorych rozkazów.

– Nikt nie doniósł? – wydusił z siebie młody rycerz.

–Nikt – potwierdził Drest, uśmiechając się sentymentalnie. – Tylko dzięki temu ciągle wierzę w nasz naród.

Drest zamilkł. Jego myśli poniosły go w przeszłość. Już minęło prawie pięćdziesiąt lat od momentu, kiedy po raz pierwszy objął dowództwo na polu bitwy. Zdążył służyć pod trzema różnymi królami, ale to Aria Chrobra na zawsze została w jego sercu. To ona dostrzegła go na polu bitwy i wyróżniła tytułem szlacheckim. Była jego pierwszą nieodwzajemnioną miłością, a wraz z jej śmiercią coś w nim również umarło. To coś pomogła mu odzyskać prosta dziewczyna o imieniu Izylda. Nie była zbyt bystra, ale kochać potrafiła jak żadna inna. Zmarła, dając mu cudownego syna, którego w swoim czasie nie potrafił ani docenić, ani zrozumieć. Całe dzieciństwo Edgara spędził na wojnach, a kiedy wrócił, okazało się, że przegapił swój moment w jego życiu.

Edgar ukształtował się sam. Oczywiście zawsze udawał, że postępuje zgodnie z wolą Dresta, jednak w rzeczywistości była to tylko farsa. W czasach wczesnej młodości był na tyle bystry, że nigdy nie dał się przyłapać, a jak wydoroślał, przestał się przejmować. Doprowadzało to Dresta do szału.

Ostatecznie głowa rodu Niedźwiedzia postanowił zostawić los swojego syna w jego rękach i wyruszyć razem z młodym królem Arturem Trzecim na kampanię wojenną przeciwko Desercji. Pamiętał doskonale ostatni wieczór przed wymarszem. Siedział w swoim gabinecie i trudził się nad listem, kiedy do środka niczym burza wtargnął jego syn.

– Co to ma znaczyć, ojcze! – Edgar uderzył ze złością pięścią o stół.

– Zmień swój ton.

– Czy to prawda, że wybierasz się na kampanię wojenną Artura Trzeciego?!

– Święta prawda. – Drest splótł dłonie w zamek i spokojnie mierzył wzrokiem wzburzoną twarz młodzieńca. Zdziwiło go to poruszenie. Jego syn rzadko dawał upust swoim uczuciom.

– Odwołaj to! – rozkazał Edgar.

– Ani mi się śni. Mam obowiązki wobec tego kraju, a ty nie masz prawa składać takich żądań.

– Masz obowiązki? – Edgar wybuchnął nerwowym śmiechem. – Gdzie do Regnara były twoje obowiązki podczas wojny z Irią i Ren pięć lat temu?

– Tu! – Drest wstał z krzesła jak oparzony. – W tym domu! Usiłowałem zapanować nad tobą!

– Zupełnie ci nie wyszło – odparł złośliwie młodzieniec, spoglądając bez strachu na ogromną sylwetkę ojca. – Zmarnowałeś te pięć lat.

– Zdaje sobie z tego sprawę – powiedział Drest. Z jego głosu zniknęły gniewne nutki. Nie miał zamiaru ponownie dać się wyprowadzić z równowagi.

– Właśnie dlatego teraz wyjeżdżam – wznowił mowę. – Poddaję się. Wygrałeś. Możesz robić, co ci się tylko podoba. Ja zaś zajmę się tym, co podoba się mi, czyli wojenką.

Edgar aż zachwiał się pod ciężarem tych słów:

– Ojcze, masz już pięćdziesiąt wiosen na karku, to nie rozsądne…

– A czy rozsądnym było okradanie posiadłości rodu Róży? – odbił bezlitośnie Drest.

– Skąd… – zdumiał się jego syn, a jego oczy zabiegały nerwowo po całym pokoju.

– Nie mam zamiaru siedzieć i przyglądać się, jak niszczysz swoją przyszłość, a pomóc niestety nie umiem.

– Ojcze, nie zostawiaj mnie – prosił rozpaczliwie Edgar. Drest pokiwał mocno głową, próbując nie pozwolić tym słowom dotrzeć do swojego serca. Bał się, że znowu była to gra. Tylko kolejny sposób, aby osiągnąć cel.

– Edgar, bądź poważny – odparł z kamienną twarzą. – Ty mnie nie potrzebujesz. Chyba nigdy nie potrzebowałeś.

– Potrzebuję – zaprzeczył uparcie jego syn. – Chcę, żebyś był na moim ślubie. Zaręczyny z Priscillą herbu Gryf przeszły niespodziewanie gładko. Ślub odbędzie się za pół roku – dodał szybko, widząc nieufne spojrzenie ojca.

– Za prawdę są to świetnie wiadomości! – ucieszył się Drest, zbliżając się do syna i ściskając go potężnie. – Priscilla to porządna i silna dziewczyna. Z pewnością da ci wielu synów!

– Czy zostaniesz? – ucieszył się Edgar, widząc entuzjazm na twarzy ojca.

– Czy przestaniesz kraść? – odparł beznamiętnie Drest.

– Jasne.

– Znowu kłamiesz – westchnął ciężko starzec. Nagle cofnął się o krok przerażony.

– Dziadku? – powiedział jego zmarły syn, patrząc się na niego trupimi oczami.

– Dziadku! – wrzasnął Orion, machając ręką prosto przed jego twarzą.

Zamrugał i rozejrzał się po ogromnym pomieszczeniu sypialnym koszar zamku Marchijskiego.

– Dziadku, jesteś ze mną? Chyba się nie wyspałeś.

– Nie… to się nazywa starość. – Drest usiadł ciężko na łóżku. – Chwilę się zdrzemnę.

– Wszystko w porządku?

– Jak najbardziej.

– W takim razie pójdę poszukać Ellie. Może się już obudziła.

– Ellie! – ucieszył się Drest. – Złote dziecko. Strasznie za tobą tęskniła.

– Dziadku… – zawahał się Orion. – Dlaczego właściwie dzisiaj mi to wszystko powiedziałeś?

– Bo jesteś głąb i nic nie wiesz o życiu.

– Nie o to mi chodzi – Rycerz machnął niecierpliwie ręką. – Tylko o twoją opowieść o służbie pod Henrykiem.

Drest położył się wygodnie i zamyślił się na chwilę:

– Nie wiem, jak długo jeszcze pożyję. Być może kiedyś nastaną czasy, kiedy prawda o Wojnie Nieprawej wypłynie. Dopóki mam jeszcze taką możliwość, chcę ci przekazać moją wersję wydarzeń. Wolę, żebyś zapamiętał mnie jako wojskowego dezertera, niż zbrodniarza, którym nie byłem.

– Zobaczysz, dziadku, przeżyjesz jeszcze nas wszystkich!

– Oby nie – odparł ponuro starzec i zamknął oczy.

Orion westchnął i powoli ruszył do wyjścia. Tuż przy drzwiach ponownie usłyszał głos Dresta:

– Sposób, w jaki uzyskałeś ziemię, narzeczoną i tytuł… Kryje się za tym szambo, o którym nie możesz powiedzieć, prawda?

– Prawda – przyznał po chwili namysłu.

Pośpiesznie opuścił koszary. Pozwolił prowadzić się nogom. Potrzebował chwili, żeby przemyśleć poprzednią rozmowę.

– Romuald miał rację. Dziadek nie wygląda najlepiej – mówił pod nosem. – Przez rok postarzał się bardziej niż przez ostatnie dziesięć lat. No i wyznania dotyczące służby pod Henrykiem. To zupełnie nie w stylu staruszka.

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o