Rozdział 9, Łyżka miodu w beczce dziegciu – część 2

Pieśń grana w karczmie w trakcie opowieści skryby

UNKLE – Chemistry

Orion pędził wąskim korytarzem.

Wyjście!

Musi koniecznie znaleźć stąd jakieś wyjście!

Dlaczego ten cholerny korytarz nie chcę się skończyć?

Mężczyzna biegł, panicznie rozglądając się wokół. Przecież tu jest pełno drzwi, dlaczego by nie spróbować jedne wyważyć?

Z rozpędu staranował pierwsze lepsze wejście do zamkowego pokoju. Drzwi ani drgnęły, a on sam ciężko odbił się i uderzył plecami o ścianę. Desperacko spojrzał w lewo. W mroku korytarza majaczyła potężną sylwetkę. Była stanowczo za blisko.

Orion gwałtownie ruszył z miejsca. Uciekał z całych sił, ale był przerażająco wolny. Pozbawiony okien korytarz rozciągał się do granic możliwości. Jedyne źródło światła znajdowało się na samym końcu, który wydawał się być nieosiągalny.

Napastnik deptał mu po piętach. Orion był już w stanie rozróżnić poszczególne zdobienia czarnego jak smoła pancerza. Ostatkiem sił przyśpieszył.

Nie zdążył.

Opancerzona ręka chwyciła go za szyję i uniosła ponad ziemię z taką łatwością, jakby był małym kotkiem. Orion bezwładnie machał nogami w powietrzu, trzymając prawą ręką za nadgarstek swojego nemezis. Jego lewa dłoń usiłowała znaleźć przy pasie swój wierny miecz. Jak zwykle wymacała pustą pochwę.

Czarny Rycerz potężnie cisnął nim w źródła światła.

Orion grzmotnął plecami o ubitą ziemię na dużym placu ćwiczebnym tuż przy wojskowych koszarach. Ktoś podniósł go do pionu. Zamroczony rozejrzał się; z jego lewej strony stał Romuald, a z prawej Lanc. Mężczyźni spoglądali na niego z troską.

Orion ze strachem zauważył przy koszarach Dresta i Priscillę. Gwałtownie obrócił się. Blisko ogrodu przy skrzydle służby Elein bawiła się z Ellie. Dziewczyna uśmiechnęła się, chwyciła małą na ręce, po czym ruszyła mu na spotkanie.

Orion odepchnął od siebie Romualda i Lancelota. Spróbował krzyknąć, ale z jego ust wydobył się dziwny charkot. Spróbował jeszcze raz, ale było już za późno. Czarny pawęż przygniótł go do ziemi z siłą taranu.

Orion walczył z ciężarem, ale jego ciało było wiotkie, słabe i nieposłuszne, a ruchy ociężałe i ślamazarne. Mógł jedynie w rozpaczy przyglądać się rzezi, która miała miejsce.

Czarny Rycerz zaczął od jego matki. Kobieta nie zdążyła nawet pisnąć, zanim została przepołowiona ogromnym ostrzem. Blady Drest dobył swojego dwuręcznego miecza i pierwszy zaatakował gniewnym cięciem od góry. Uderzenie było podstępne i zgrabne, ale zbyt wolne. Upiór bez trudu go uniknął i wyprowadził śmiertelne pchnięcie. Drest został przeszyty, ale wciąż spoglądał hardo na przeciwnika. Bez wahania splunął mu prosto w hełm. Czarny Rycerz z rozmachu cisnął starym mężczyzną przez całe podwórko.

– Uciekajcie… – Orion odzyskał wreszcie władzę nad ustami. – Uciekajcie!

Lancelot i Romuald z wrzaskiem rzucili się na zabójcę. Orion tym razem nie mógł zobaczyć śmiertelnej walki. Straszliwy widok zasłaniała mu tarcza, z którą szamotał się ze zdwojoną siłą. Nieoczekiwanie ciężar zelżał. Orion uniósł głowę. Elein i Ellie wspomagały jego wysiłki. Twarz panny Wilhelm znalazła się tuż obok jego własnej.

– Uciekaj… – szepnął jej do ucha. – Bierz małą i uciekaj…

Wojowniczka uśmiechnęła się. Z kącika jej ust ciekła cieniutka struga krwi. Mężczyzna z przerażeniem spojrzał na jej tors. Z brzucha wystawała końcówka czarnego ostrza.

– Nie… Proszę… Nie! – wrzasnął, napierając z całych sił na olbrzymią pawęż. – Zabije cię, skurwysynu! Zniszczę wszystko, co kochasz! – Orion zamarł przerażony. – Błagam… Zostaw Ellie… To tylko dziecko! BŁAGAM!

Orion gwałtownie usiadł na łóżku. Żarłocznie nabierał haustami powietrze. Wreszcie z wysiłkiem ściągnął przyklejoną do ciała, mokrą od potu koszulę.

Rycerz podniósł się z łóżka i odsłonił okno. Niebo łagodnie mieniło się odcieniami różowego.

Nadchodzący świt niezmiernie Oriona ucieszył. Już nie musiał silić się na sen. Koszmary prześladowały go nieustannie od czasów drugiego pojedynku z Czarnym Rycerzem. Po walce w obozie Druidów przez chwilę mógł cieszyć się lekkim i spokojnym snem, ale to nie mogło trwać wiecznie.

Orion postanowił wyjść na świeże powietrze. Cicho wymsknął się ze swojego pokoju i ruszył długim, oświetlonym dziennym światłem korytarzem.

– To był tylko sen – burknął pod nosem, rozglądając się nieufnie. – Drzwi znajdują się tylko po jednej stronie. Od drugiej są okna – przekonywał sam siebie.

Orion zatrzymał się przed schodami prowadzącymi do lochów zamku. Przypomniał sobie, że nie przyjrzał się jeszcze prezentowi od karczmarza Leo. Wiedział od służby, że beczka znajdowała się w małym pomieszczeniu piwnicznym, które pełniło funkcję składu alkoholi.

Mężczyzna żwawo zbiegł po schodach na sam dół. Otworzył ciężkie drzwi i wzdrygnął się od zimna. Panowała tu temperatura znacznie niższa niż w całym zamku. Orion spodziewał się nieprzeniknionych ciemności, dlatego zdziwił się napotkanemu przeciwieństwu. Postanowił poszukać źródła jaskrawego światła. Doprowadziło go to do ogromnego pomieszczenia pełnego dziwacznych przedmiotów i narzędzi. Pośrodku stał mężczyzna i przyglądał się szklanej, żarzącej się bańce przyczepionej sznurem do sufitu. Miał na oczach bardzo dziwne okulary, które miały przyciemnione oprawki. Trzymały się tyłu głowy dzięki elastycznemu paskowi.

– Mistrzu Robie? To pan? – Orion zmrużył oczy, nie mogąc znieść natężenia światła. Mężczyzna zerknął na przybysza, po czym coś nacisnął. W pomieszczeniu ponownie zapanował półmrok rozjaśniony pochodniami i świecami.

– Orion herbu Niedźwiedź – stwierdził Rob. – Na nowe pancerze, należy chwilę poczekać. Przeprowadziłem niezbędne obliczenia i uzyskałem stop o pożądanych właściwościach fizycznych. Pozostała jeszcze kwestia dodatkowego uzbrojenia.

– Zajrzałam tu przypadkiem – wyjaśnił rycerz. – Zwabiło mnie jaskrawe światło. Co to było?

– Bardzo stary wynalazek z mojej ojczyzny. Dobre źródło światła. W przyszłości zastąpi pochodnie i świece.

– W jaki sposób to działa? Czy to magia? – drążył Orion, zbliżając się do szklanego urządzenia.

– Zaprzeczenie. Jest zasilany energią ele… – Rob zamyślił się. – Zaprzeczenie. Brytoński odpowiednik słowa nie istnieje – zakończył z irytacją.

– Proszę o wybaczenie. Niezdrowa ciekawość. Chyba nie powinienem mistrzowi przeszkadzać w pracy – dodał szybko, widząc znudzenie na twarzy współrozmówcy.

– Potwierdzenie. – Rob odwrócił do niego plecami i poprawił dziwaczne okulary.

– Czy mistrz pojawi się dzisiaj na przyjęciu?

– Estymacja prawdopodobieństwa wynosi siedemdziesiąt procent.

Władca zamku pokiwał głową, nie rozumiejąc ani słowa. Obrócił się i wyszedł cicho z pomieszczenia. Skierował się w głąb korytarza sporadycznie oświetlonego pochodniami, usiłując odnaleźć pomieszczenie z alkoholem. Z oddali donosiły się niskie głosy. Należały do dwóch służących, którzy oglądali w świetle pochodni mały pokoik.

– Dzień dobry – przywitał się Orion, próbując wejść do pomieszczenia. Mężczyzna bezceremonialnie odepchnął go do tyłu:

– A ty skądżeś tu się wziął? Już tłumaczyliśmy komendantowi wielokrotnie, że składzik z alkoholem należy do rodu Niedźwiedzia. Jeśli strażnicy pragną sobie pohulać, muszą najpierw uzyskać zgodę panicza Romualda.

– Nie jestem strażnikiem.

– To kim, do Regnara, ty jesteś? – zapytał pretensjonalnie drugi mężczyzna.

– Orion herbu Niedźwiedź. Miło poznać.

– O… Orion? – wyjąkali chórem, blednąc jak płótno. – Najmocniej jaśnie pana przepraszamy! Nie wiedzieliśmy.

– Dobra, dobra – przerwał im niecierpliwie Orion. – Powiedzcie mi lepiej, co wy tu robicie?

– Sprawdzamy, czy składzik będzie w stanie pokryć zapotrzebowania na dzisiejszą prywatkę. – odparł szybko jeden z nich, uśmiechając się służalczo.

– Jaśnie pan chciał przejść – dodał drugi, schodząc na bok i zachęcając rycerza gestem.

– Dziękuje. – Orion wszedł do środka. – Gdzie znajduje się beczka piwa od karczmarza Leo? Była zaadresowana do mnie i przyszła dnia…

– Oczywiście! Proszę przejść głębiej. To ta dębowa beczułka z prawej strony.

Orion podziękował skinieniem i ruszył we wskazaną stronę. Szybko znalazł małą beczkę z przyklejoną do denka kopertą. Zdjął liścik i podszedł do mężczyzny trzymającego pochodnie, gdzie zapoznał się z jego treścią:

Lordzie Orionie herbu Niedźwiedź,

Zgodnie z ostatnią wolą Leo z Genevieve, byłego właściciela karczmy “Kopnij w Pień” przekazujemy Waszej Miłości przedmiot spadku w postaci jednej beczki piwa “Czarny Bazyliszek”.

Z wyrazami szacunku,

Urząd Miasta Genevieve

Zagubiony rycerz wzniósł oczy ponad kartkę. Dowiedział się niezwykle mało. Czy Leo był tym samym karczmarz, którego pamiętał? Jeśli nawet, dlaczego postanowił zostawić mu spadek? Orion nie potrafił odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Zamiast tego zwrócił się do dwóch mężczyzn przy wejściu:

– Prosiłbym o sprawdzenie tego piwa. Jeśli będzie w porządku, chciałbym, żeby pojawiło się na przyjęciu.

– Sprawdzenie? Jaśnie panie, można jaśniej?

– Chcę mieć całkowitą pewność, że nie jest zatrute.

Orion skinął mężczyznom na pożegnanie i ruszył w kierunku wyjścia. Zanim odszedł wystarczająco daleko, zdążył usłyszeć drobną sprzeczkę:

– Jak do cholery mamy to sprawdzić?

– Mamy sprawdzić to sprawdzimy.

– Rozumiem, ale pytam jak? Czy ty rozumiesz, do cholery, co ja do ciebie mówię?

– Może zanieśmy do mistrza Roba? On na pewno coś wymyśli.

Orion wyszedł z piwnicy i skierował się na główne podwórko zamku. Zastał tam służących szykujących stoły pod wieczorną zabawę. Jako miejsce przyjęcia został wybrany plac ćwiczeń rozciągający się od skrzydła zamku pełniącego funkcję wojskowych koszar aż do pięknego ogrodu Priscilli. Orion stał przez chwilę w milczeniu, ciesząc się rześkim powietrzem. Dzień był pochmurny, ale przyjemny.

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o