Rozdział 9, Łyżka miodu w beczce dziegciu – część 3

Pieśń grana w karczmie w trakcie opowieści skryby

Marcin Przybyłowicz, Percival – A Story You Won’t Believe

Rycerz przyjrzał się uważniej ogrodom. Zauważył Elwirę, która żwawo podążała w kierunku południowego skrzydła zamku. Chwilę zastanawiał się, czy jej nie dogonić, ale zrezygnował. Z opowieści brata wiedział, że Elwira została kolejną kucharką na Ziemiach Marchijskich. Początkowo nie był specjalnie zadowolony z faktu, że Romuald zatrudnił jego gościa. Szybko okazało się jednak, że Elwira sama o to poprosiła.

– Witam, przyjacielu!

Orion obrócił się i zobaczył uśmiechniętą twarz Lanca.

– Cześć. Wcześnie jesteś na nogach.

– Przyganiał kocioł garnkowi… Sam przecież tak długo tu stoisz, że lada moment zapuścisz korzenie i staniesz się częścią krajobrazu.

– Nieładnie podglądać ludzi przez okno – podsumował rycerz kwaśno.

– A jeszcze gorzej przez dziurkę od klucza – zgodził się żarliwie jego przyjaciel. – A zatem, Orionie, na co się tak gapiłeś przez cały ten czas?

– Na nic szczególnego. Po prostu rozmyślałem.

– Zapewne nad ubiorem na dzisiejszą ucztę? – Lancelot skinął z miną znawcy. – W tym sezonie w całym Wintonian najmodniejszym kolorem jest szlachetny błękit…

– Źle myślisz – przerwał mu Orion. – Zastanawiało mnie, jak zareaguje twój ojciec, kiedy oznajmisz mu, że wyruszasz ze mną w podróż pełną zaniedbywania obowiązków wobec rodu Wrony.

– To… wspaniałe pytanie – jęknął Lanc, któremu nagle zrobiło się bardzo sucho w ustach. – Być może już to zrobiłem?

Orion rzucił mu głębokie, przeciągłe spojrzenie spode łba.

– Dobrze, masz rację! Jeszcze nic mu nie powiedziałem. Mam zamiar napisać list…

– Uuu… odważnie.

– Oj zamknij się! – uniósł się Lancelot. – Przecież próbuję ci pomóc!

– Chciałeś powiedzieć sobie, mój ty dumny potomku Dirka Krwawego – uśmiechnął się Orion, ale szybko spoważniał. – Dzięki Lanc, naprawdę doceniam.

– Oj dobra. – Lancelot machnął ręką z zakłopotaniem. – Masz rację, pomagam też sobie… Ale kto by się spodziewał? Jestem potomkiem Wilka!

– W rzeczy samej. – Orion zupełnie nie podzielał entuzjazmu przyjaciela. – Skoro już tu stoimy jak dwa kołki… Może masz ochotę na krótki pojedynek ćwiczebny?

– Podziękuje. Wyczuwam, chęć zemsty za śliwę pod okiem. Dzisiaj wieczorem wypadałoby wyglądać schludnie. Romek tak się starał.

– Jak ty mnie znasz. – Rycerz uśmiechnął się brzydko. – W takim razie pójdę spędzić troszkę czasu z Ellie. Moja twarz wreszcie wygląda na tyle przyzwoicie, że przestaliśmy się uczyć z niej kolorów. Jeśli chcesz, możesz wybrać się ze mną.

– Może później. Jestem umówiony na trening z Elein. Jestem zachwycony jej umiejętnościami! I nie tylko…

Orion ciężko przełknął ślinę i szybko się pożegnał. Żwawo udał się do wewnętrznego podwórka.

Reszta dnia minęła rycerzowi leniwie i przyjemnie. Wieczorem doprowadził się do porządku, po czym, zamiast zając się szykowaniem, udał się za swoją siostrą do jej pokoju. Elizabeth wręczyła mu w ręce książkę, a sama usiadła obok. Orion westchnął i posłusznie przystąpił do czytania. Wszelkie próby przyśpieszenia tej czynności były nagradzane oburzonymi piskami. Skapitulował i zaakceptował, że się spóźni. Jego spokojny głos niósł się echem po pokoju:

– … Meredith spojrzał w oczy złej wiedźmie i rzekł hardo: “Nie będziesz już więcej zabijać, nie będą przez ciebie po nocach płakać osierocone dzieci i rozpaczać wdowy. Z mej ręki spotka cię zasłużona kara!”. Moriana zaśmiała się i cisnęła w bohatera błyskawicą. Bum! – krzyknął głośno, a dziewczynka wzdrygnęła się z ekscytacji. – Huknęło, ale zamiast Mereditha przeszyła tylko nicość. Wspaniały bohater był już przy niej ze śnieżnobiałą klingą. Przeszył złą wiedźmę jednym szybkim pchnięciem. Moriana klęła, prosiła, zaklinała, lecz wszystko to na nic się zdało w obliczu praworządności Mereditha. Bohater broni z dłoni nie wypuścił, dopóki wiedźma ducha nie wyzionęła. Od tego dnia powrócił spokój na ziemię Brytońską, a złe czary sczezły już na zawsze. Oto największe dokonanie Mereditha Wspaniałego, największego Bohatera wszech czasów.

– Jeszcze raz! Jeszcze raz!

– Elizabeth, czytałem już to drugi raz. Jaka była umowa? – Rycerz przyjrzał się dziewczynce surowo.

– Umówiliśmy się, że pójdę pobawić się z ciocią Derwą – odparła pokornie. Wiedziała, że dyskusja nie miała dalszego sensu, ponieważ Orion użył pełnej wersji jej imienia.

– Dokładnie. Romek bardzo się starał, organizując przyjęcie, a ja już jestem spóźniony.

– Dlaczego nie mogę pójść z wami?

– Bo to nie miejsce dla małych dziewczynek.

– Ale Elein będzie! Wiem, bo pytałam!

– Elein nie jest małą dziewczynką.

Ellie zamyśliła się.

– Elein jest duża – zgodziła się po chwili. – Często o ciebie pyta.

– Tak? Interesujące…

– Dzisiaj pytała mnie, jak długo się mną zajmowałeś. Powiedziałam, że od zawsze, bo Orek zawsze był przy mnie. Wtedy zrobiła się dziwna i zaczęła mnie przytulać. Lubię, jak przytula.

Orion poczuł chłodną kulę w gardle. Schylił się i mocno objął małą, zaciskając zęby. Przeżyje! Zrobi wszystko, żeby przeżyć!

Młody rycerz odprowadził Ellie do starszej służącej. Na widok nadąsanej miny dziewczynki Derwa uśmiechnęła się i szybko wzięła ją za rękę. Ellie pomachała Orionowi na pożegnanie i zniknęła w komnacie służącej. Rycerz obrócił się na pięcie i pobiegł do swojego pokoju. Wiedział, że jest już bardzo spóźniony.

Przebierał się wyjątkowo szybko. Założył lnianą tunikę, proste spodnie i zielony płaszcz. Krótko ocenił swój wygląd. Nie był usatysfakcjonowany, ale nie miał czasu na dalsze poprawki. Wybiegł z pokoju, rozpaczliwie usiłując jak najszybciej stawić się na ucztę. Kiedy dotarł lekko zdyszany na miejsce, wszyscy już czekali. Romuald rzucił mu litościwe spojrzenie:

– Niech zgadnę, Elizabeth?

Orion machnął tylko ręką, próbując wyrównać oddech.

– Skoro już jesteśmy w komplecie, pozwólcie, że zacznę od krótkiego przemówienia. – Romuald wyprostował się. – Cieszę się, że jesteśmy w tak licznym gronie. Niestety, nie zaszczycił nas swoją obecnością mistrz Rob, ale na pocieszenie dodam, że obiecał pojawić się później. Chciałbym wznieść toast! – rzekł głośno, a wszyscy podnieśli się zza swoich miejsc i unieśli kielichy pełne czerwonego wina. – Wypijmy za to, żeby na kolejnym przyjęciu nikogo z obecnych dzisiaj nie zabrakło! Zdrowie!

– Zdrowie! – zagrzmiali wszyscy chórem i osuszyli kielich jednym haustem.

– Muzyka! – Romuald klasnął w dłonie. Natychmiast zabrzmiała żywa melodia grana przez kwartet muzyków, w skład którego wchodził niski dudziarz, młoda lutniarka, jeszcze młodsza dziewczyna z lirą korbową oraz jeden starszawy flecista.

Dodaj komentarz

avatar
2000
  Subskrybuj  
Powiadom o